W obliczu własnej legendy…

Kiedy drużyna osiąga sukces i jest na szczycie, większość kibiców nie dopuszcza do siebie myśli o jakiejkolwiek porażce, bo przecież jak ktoś, kto wzbił się tak wysoko, może teraz tak nisko upaść? Pragniemy wtedy jeszcze więcej, nie zdając sobie sprawy, że w szaleństwie wygranych, czasem wymagamy zbyt wiele od drużyny i w momencie jej upadku czujemy ogromny żal i zawód. Często w takich sytuacjach kibice odwracają się od zespołu, a to największy błąd, bo właśnie w takich momentach są oni najbardziej potrzebni. Nawet nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, jaka presja ciąży na zawodnikach, którzy stają w obliczu historii wielkiej marki, którą muszą stworzyć i zdefiniować na nowo. Fani powinni być nie tylko w momentach wzniosłych i historycznych, ale też wspierać w czasach klęsk i posuchy. Być w tych najgorszych chwilach, oczekując powrotu złotych czasów. Przecież w życiu każdego z nas są wzloty i upadki. Są one nieodzowną częścią ligi. Jej pięknem i brutalnością w jednej postaci.

Jeżeli jesteś dzieciakiem lat 80-tych lub 70-tych, zarażonym od młodości basketem, jest ogromna szansa, że jesteś też kibicem drużyny z Chicago lub w gorszym scenariuszu, byłeś jej kibicem… Nic dziwnego więc, że poświęciłeś chwilę swojego czasu na lekturę tego tekstu, czuję się zobowiązany. Mam nadzieję, że wspólnie dojdziemy przez najbliższe kilka minut do tych samych wniosków.

Żadna drużyna NBA nie spowodowała pojawienia się tylu fanów ligi w nadwiślańskim kraju. Sześciokrotnie mistrzostwo w latach 90-tych, efektowny styl gry i siedziba w „Polskim mieście” na terenie Stanów. Ikona Michaela Jordana, która do dnia dzisiejszego jest największą twarzą całej dyscypliny…
Scottie Pippen, Horace Grant, B.J Armstrong, Toni Kukoc czy Denis Rodman. Tych  panów dodatkowo nie trzeba nikomu przedstawiać.

Nie będzie to jednak tekst o historii organizacji z Illinois. Nie będzie też to następny tekst wyszydzający Byki. Nie podlegam modzie na krucjatę organizacji, która jest tak często ostatnimi czasy uskuteczniana w mediach. Spróbuje przeanalizować obecną sytuacje, opierając się o fakty i współczesne problemy klubu. Podzieliłem tekst na siedem punktów. Myślę, że każdy znajdzie niżej coś dla siebie. Zaczynamy.

1. Poprzedni sezon.

Drużyna w dziesięciu ostatnich sezonach aż ośmiokrotnie docierała do Playoffs, dwukrotnie grając w półfinale i raz w finale Konferencji Wschodniej. Ostatni raz zameldowali się w tej fazie w roku 2017. Od tego czasu trwa wielka nieobecność Byków w elitarnej ósemce. Kompletnie nieudany poprzedni sezon, zakończony jedynie 27 zwycięstwami. Trzynaste miejsce na Wschodzie nie jest tym, czego oczekuje się po tak wielkiej marce.

Nieobecni już w rotacji Justin Holiday, Nikola Mirtotic, David Nwaba czy Jerian Grant, nie byli fundamentami do zapowiadanej budowy. Żaden z nich nie był przesadnie młody, nie będąc też gwarancją wysokich zdobyczy punktowych. Po i w trakcie sezonu roster opuściło aż czternastu graczy. Zapowiedziano wielką przebudowę i stawianie na młodzież. Przez lata utwierdziła się opinia, że faza pucharowa dla drużyny z Wietrznego Miasta to obowiązek i wymóg. Coś w tym jest…

2. Obecna dyspozycja.

Nie jest tajemnicą, że obok Cavs, Knicks, Suns i Hawks to właśnie Bulls jest głównym faworytem do topowej trójki draftu. Fani w Illinois już teraz marzą o kimś pokroju Ziona Williamsona czy RJ Barretta, śledząc spotkania Duke. Wyniki jak najbardziej pozwalają myśleć o wysokim picku. Dziesięć zwycięstw przy trzydziestu jeden porażkach. Nie przekroczenie pięciu domowych i wyjazdowych wygranych w 41 grach. Przynależność do czwórki najsłabszych ligowych organizacji i statystycznie najgorsza ligowa ofensywa.

3. Pożegnanie z Hoibergiem.

Zarząd drugiego grudnia zwolnił z funkcji pierwszego trenera dotychczasowego szkoleniowca, Freda Hoiberga. Młody coach swoją karierę na ławce NBA rozpoczynał właśnie w Chicago. Były obrońca Pacers, Wolves czy swojego przyszłego klubu, otrzymał angaż po udanej pięcioletniej przygodzie z Iowa State. W ciągu trzech sezonów tylko raz awansował do najlepszej ósemki, odpadając już w pierwszej rundzie. Bilans 115-155, najlepiej ukazuje przebieg kariery Hoiberga w United Center. Nadzieja na nowy początek i budowę swojej wielkości bardzo szybko umarła wśród wyznawców czerwono-białej armii.

Brak tożsamości parkietowej, własnego stylu i kumpelskie kontakty z graczami definiowały obecność trenera w klubie. Konflikt z Butlerem potwierdził również, że średnio z szacunkiem w oczach niektórych zawodników. The Mayor nie potrafił wykorzystać potencjału składu opartego o Rose, Gasola i wspomnianego Butlera, zajmując w sezonie 2015/16 dopiero dziewiąte miejsce. Najlepszy bilans w historii uczelni Iowa czy firmowe trójki nie wystarczyły. Zwolnienie zostało okrzyknięte świetną decyzją i prognostykiem początku dobrych wyborów.

4. Era trenera Boylena.

Funkcję Hoiberga przejął dotychczasowy asystent w Windy City, Jim Boylen. Jeden na najbardziej znanych ligowych asystentów. W tym charakterze pracował w takich organizacjach jak Rockets, Warriors, Bucks, Pacers czy Spurs, aż trzykrotnie sięgając po mistrzostwo. Kiedy jego nazwisko zostało oficjalnie ogłoszone, wielu spodziewało się, że to chwilowe rozwiązanie. Tym większe było zaskoczenie, kiedy Adrian Wojnarowski ogłosił, że to umowa długoterminowa. Boylen jako główny trener prowadził tylko ekipę NCAA, Utah Ultes. Rodziło to wiele pytań jak poradzi sobie w nowej roli.

Szkoleniowiec długo był utożsamiany z uniwersytetem Michigan. Urodził się zresztą w East Grand Rapids, 250 km od Detroit. Nie ukrywał, że od młodości sympatyzował z Pistons. Posprzątanie bałaganu dawnego sternika. Takie zadanie od samego początku pracy przysłaniało nowemu prowadzącemu. Mogliśmy być pewni jednego, na pewno nie pozwoli graczom na tyle, na ile pozwolił im Hoiberg. Od początku ostro skrytykował przygotowanie kondycyjne swoich zawodników, zwiększając ilość treningów i ich intensywność. Dodatkowy brak taryfy ulgowej mógł zaimponować. W szatni na początku doszło do rozłamów i ostrej krytyki praktyk szkoleniowca. Z czasem jednak cała afera ucichła.

Pięć zwycięstw i dwanaście porażek, takim właśnie bilansem dysponuje Boylen od rozpoczęcia swojej pracy w nowym charakterze. Rekord nie robi wrażenia, nie można jednak zarzucić braku nowych pomysłów i testowania przeróżnych opcji. Tym sposobem mogliśmy zobaczyć Markkanena w całkiem nowej roli. Zwiększenie ilości rzutów w wybranych rywalizacjach, czy nowe zadania defensywne. Jest jeszcze jedno zasadnicze pytanie… czy Bulls obecnie opłaca się wygrywać? Wysoki pick zwiększy arsenał talentu na lata. Tankowanie opłacalne bardziej niż kiedykolwiek.

5. Drafty, a budowanie na lata.

Z ostatnimi draftami również bywało w kratkę. Nie mam na myśli loterii z 2018. Pozyskanie bardzo perspektywicznego centra z ogromnym potencjałem w obronie, to bardzo dobry wybór, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, jak wypada na tle Mo Bamby. Gracz Magic został przecież wybrany wcześniej, mimo że przez wielu był łączony z Wietrznym Miastem. Odrobinę gorzej wygląda sprawa z Chandlerem Hutchisonem. Rozumiem, że ciężko oceniać zawodnika przez pryzmat debiutanckiego sezonu. Na chwile obecną były gracz Boise nie przekonuje mnie kompletnie. Mam tu na uwadze fakt, że gracze pokroju Shameta, Kurucsa czy Meltona powędrowali z dalszymi numerami.

Draft 2017 to bardzo osobliwa sprawa. Wymiana z Wilkami pozwoliła na pozyskanie Lauri Markkanena, ogromnie utalentowanego silnego skrzydłowego z naturalnym ciągiem na obręcz. Co ciekawe, jest on synem reprezentanta Finlandii w koszykówce, Pekki Markkanena. Dodatkowy angaż maszyny punktowej w postaci Zacha LaVine i młodziutkiego Krisa Dunna. Do Minnesoty powędrował Jimmy Butler i szesnasty wybór loterii – Justin Patton. Jak zakończyła się przygoda Jimmiego z Timberwolves wszyscy wiemy. Młody center natomiast przez wielu uznawany jest za wielki niewypał. Bardzo dobra wymiana niespodziewanie przyniosła następne solidne fundamenty do budowy.

Ostatni draft jaki omówimy generuje mieszane uczucia. Szesnasty wybór i postać Denzela Valentine z Michigan State. Zawodnik ciekawy, jednak bardzo podatny na kontuzje i grający nierówno. Caris LeVert, Pascal Siakam czy Malcolm Brogdon to tylko trójka z innych możliwych potencjalnych wyborów. Czy było warto? Zostawiam to do prywatnej oceny. Wybór Paula Zipsera pozwolę sobie przemilczeć. W Illinois handlują głównie pickami drugiej rundy. Wybory w pierwszej trzydziestce są zachowane w następnych latach. Dwa nadchodzące sezony z pewnością dostarczą zastrzyk następnego talentu. Najprawdopodobniej na pozycje numer trzy i jeden.

6.Porozmawiajmy o pieniądzach.

Po sezonie koniec kontraktu Lopeza, Seldena, Brooksa, Sampsona, Alkinsa, Arcidiacono i Harrisona. Przyszłość ostatniej dwójki to nadal sprawa otwarta. Shaquille to bardzo zdolny defensor, Ryan natomiast może liczyć na regularne miuty gry. Przyszły sezon to dodatkowo Jabari Parker jako opcja zespołu i Bobby Portis z przedłużeniem. Jakich ruchów możemy więc oczekiwać od zarządu?

Priorytetem powinien być handel Jabari Parkerem. Dramat w obronie plus dyspozycja Fińskiego dzieciaka są decydujące w tym aspekcie. Były zawodnik Bucks średnio odnalazł się w nowym mieście. Na brak ofert nie może jednak narzekać. Odważnie pokusiłbym się dodatkowo o transfer Cristiano Felicio. Brazylijczyk ma zarobić blisko 16 milionów dolarów do 2021 roku… to daje do myślenia. Najważniejszym jednak będzie nie przyjmowanie maksymalnie przepłacanych kontraktów. Chicago ma bardzo solidne fundamenty na długoterminową budowę. Nie jest potrzebne niszczyć tego nieprzemyślanymi wyborami. Mimo wyników, składanie rosteru przebiega książkowo. Długie kontrakty młodzieży, wyważone sumy i utrzymanie szkieletu na następne lata.

Carter i Hutchinson do 2023, Markkanen i LaVine do 2022 plus Dunn i Valentine do 2021. Krążą plotki o rozmowach z Bobby Portisem o przedłużeniu kontraktu, ta sama kwestia dotknie Antonio Blakeneya w przyszłym roku. Zach LaVine jest najlepiej zarabiającym zawodnikiem klubu. Były gracz Twolves zarobi 58,5 mln za trzy następne lata gry. Jedyny tak wysoki kontrakt tworzy wiele wolnych środków w budżecie. Nadchodzi czas bardzo ciężkich i ważnych decyzji.

7. Bo kibicem Byków się jest, nie bywa!

Jedyne czego obecnie potrzebują Rogaci fanatycy, to cierpliwość. Sukcesywne stawianie na młodzież i inwestycja w drafty bardzo szybko zaprocentuje. Obecna dyspozycja Byków jest bolesna dla oka, podobnie jak zjawisko tankowania. Taki już urok ligi, każdy znalazł się w niej na dnie. Sztuką jednak jest powracać niczym feniks z popiołów. TWolves niedawno zaliczyło serię 13 sezonów bez fazy Playoffs. Obecna seria nieobecności w ósemce wybranych drużyn również nie zachwyca. Kings seria dwunastu, Suns seria ośmiu, a Magic seria sześciu. Wielkie firmy w postaci Lakers i Knicks od pięciu rozgrywek nie są w stanie dostać się do ósemki. Chicago zalicza dopiero drugi sezon bez tych elitarnych rozgrywek. Sytuacja jest lepsza, niż może wyglądać na pierwszy rzut oka.

Bardzo łatwo w obecnych czasach być kibicem Warriors. Wspieranie sukcesu to popularne zjawisko w teraźniejszości. Problem jest taki, że mało kibiców rotacji z Oakland wie, że ich drużyna w latach 1994-2006 ani razu nie awansowała do Playoffs. W tym czasie nawet raz nie przekroczyli 38 wygranych w sezonie… Ci sami kibice znajdą sobie nowy obiekt westchnień, kiedy GSW zacznie przegrywać. Nie można tego powiedzieć o wiernych kibicach Bulls, którzy nadal są ze swoimi pupilami mimo sytuacji. Tym większa będzie satysfakcja, kiedy Byki wrócą na swoje miejsce. Cierpliwość popłaci.

Zdjęcia: źródło NBA

Redagował: Bartek Bartkowiak

Efekty: Padre

POLECANE