Upadłe Królestwo
Kilka tygodni minęło od moich ostatnich wypocin, wybaczcie. Czasu nie jest jednak tak dużo, jak pokazuje zegar. Od dawna noszę się z zamiarem stworzenia artykułu na pewien temat, wymaga on jednak trochę więcej wolnego po pracy. Mamy zatem sezon ogórkowy w NBA! Jakby jednak spojrzeć z bliska to ogórków tam niewiele, szczególnie wśród tych, którzy zmieniają barwy klubowe.Transferów mamy sporo, to co interesuje mnie jednak najbardziej, to Demarcus Cousins, który jak już wszyscy wiemy trafił na mocy rocznej umowy do Golden State Warriors.
 
.
NBA od jakiegoś czasu stoi pod znakiem tworzenia superteamów, niby nic w tym złego. Skoro salary cap się zgadza, to każdy ma takie same szanse, aby ubiec innych w drodze po mega gwiazdy ligi. Zacznijmy więc od początku, a przynajmniej od czasów które są nam najbliższe, żeby nie wspominać ultimatum Jordana, jakie postawił Bykom w końcówce lat 80 i początku 90. Kiedy zaczynamy temat kolejnych Big3, Big4 etc. większość wskazuje palcem na Heat.
.
.
Tymczasem Big3 w Miami powstało z połączenia kiepsko grającego zespołu z młodym liderem i 2 zawodników na dorobku w lidze, choć już z wielkimi nazwiskami. Dlaczego? Po to, aby pokonać już istniejący superteam w Bostonie, który powstał .. aby pokonać na swej drodze.. Lebrona właśnie. Ok, w tym miejscu trzeba pewne rzeczy uszeregować. Od 2003 roku i jednego z najlepszych draftów w historii, rola pierwszych picków tej klasy rosła z roku na rok. Ich pozycja w lidze również. Hegemonem na wschodzie stawał się samozwańczy Król, co z czasem wymagało przeciwstawienia się mu w niekonwencjonalny sposób. Boston z fantastycznym Paulem Piercem i młodziutkim wtedy Rajonem Rondo ściągnęli na pokład jedne z największych gwiazd w postaci Raya Allena i Kevina Garnetta. Efekt? Mistrzostwo w pierwszym roku i koniec NBA jaką znaliśmy do tej pory.
.
.
Lawina wydarzeń miała miejsce chwile po tym. Sławne „not one, not two, not three” zawitało na Florydzie i z miejsca stało się tematem numer jeden po tamtej stronie oceanu. W międzyczasie w Los Angeles pojawili się wciąż w wybornej formie Dwight Howard, Steve Nash, Pau Gasol, którzy z Kobe Bryantem mieli utworzyć tzw. team2beat, lepszy niż nieco wyblakłe gwiazdy Karla Malone i Garego Paytona kilka lat wcześniej. Warto przypomnieć, że poza Malone i Nashem pozostali byli w ówczesnym momencie w tzw. prime time mając ok 28-32 lata.
Koniec historii, przynajmniej tak chciałoby się rzec. Efekty bywały jak widać różne, od back2back mistrzostw, do rozpadu zespołu jeszcze przed fazą playoff. O co w takim razie chodzi w tym tekście? Chyba każdy wie. Przyznam się całkowicie szczerze. Nie lubię Golden State. Nie zachwyciło mnie San Francisco, z wyżej wymienionego klubu lubię jedynie Iggiego, który będzie miał mój dozgonny szacunek, o ile ta informacja cokolwiek dla niego znaczy, a także Klaya. Ilekroć patrzę na faceta, mam wrażenie, że oglądam kolejną część filmu How High. Pewnie część z was kojarzy. Warriors są najlepsi, to oczywiste. Są w miejscu, które obecnie zajmują, tylko i wyłącznie dzięki sobie. Fantastycznie zarządzany klub. Dobry scouting zawodników przed draftem, świetny trener. Do tego wszystkiego wolni agenci z pierwszych stron. Cholera, wszystko wygląda znakomicie, ale ich fanbase i ta buta, arogancja w każdym geście to coś, czego nie jestem w stanie strawić. Jest to dla mnie totalne zaprzeczenie sportowego ducha walki. Na boisku można sobie powiedzieć wszystko, zachować jak totalne zero, ale koniec końców wszyscy jesteśmy ulepieni z tej samej gliny panie Green, rękę warto podać nawet największemu wrogowi. Szczególnie, kiedy to on wyciąga ją pierwszy. Warriors na ten moment są dla mnie opozycją wizerunku trenera, który jest człowiekiem z klasą, której zawodnikom, w zdecydowanej większości brakuje. Ostatniej nocy dołączył do nich kolejny, jakby idealnie wpisujący się w schemat zawodnik, który podobnie jak nie tak dawno Durant poszedł na łatwiznę. Nie mówię o formowaniu superteamu, ale dołączenie do najlepszych, skoro sami nie potrafimy ich pokonać. Nie mnie oceniać słuszności działania, jednakże jest spora różnica pomiędzy formowaniem od zera, dołączeniem do dobrego zespołu, a podpisaniem umowy z najlepszymi w ostatniej dekadzie, a być może w historii.

Cousins zrezygnował z dużej kasy, po raz kolejny pokazał, że jest dzieciakiem w skórze wielkiego faceta. Nie dostał maksa i kilku lat kontraktu, to nie chciał rozmawiać o opcji 1+1, która dałaby mu szansę pokazania swoich możliwości po kontuzji achillesa, a klubowi parasola bezpieczeństwa, na wypadek odnawiającego się urazu. Moim zdaniem liga powinna takim praktykom zapobiegać. Oczywiście nie jest winą GSW, że tak dobrze zarządzają swoim klubem, nie mniej jednak skoro salary cap ma górną granicę, powinny też być minimalne kontrakty, poniżej których zawodnicy nie mogą podpisać umów. Jeszcze chwila i możemy mieć wysyp drużyn złożonych z rocznych kontraktów największych gwiazd, walczących o pierścień i rozchodzących się w swoje strony. Coś jak roczny mecz gwiazd. To nie jest dobry kierunek. Moim zdaniem oczywiście.

.

.
Tymczasem w słonecznym Los Angeles osiadł na zakończenie kariery James. Otoczony młodzikami, miał być mentorem i powoli schodzić ze sceny, podejmując decyzje nie dla siebie, a dla rodziny. Przede wszystkim niezwykle uzdolnionego, 13 letniego Bronnego. Owszem, mówiło się o PG13, Kawhi i innych. Finalnie James dołączył do drużyny, która nie ma w swoich szeregach gwiazd, no może poza Lavarem Ballem. Lebron najbliższe cztery lata ma spędzić na łączeniu koszykówki i hollywoodzkich aspiracji filmowych. Krąży sporo plotek na temat drugiej części Kosmicznego Meczu. Chociaż dla wielu jest głównym antagonistą ligi, ma w nim wystąpić jako nowe wcielenie Michaela Jordana. Można go nie lubić, można przypisywać łatkę trenera z parkietu, GM’a, trutki wewnątrz drużyny, czy prekursora Big3, jednak dodać trzeba,że jest niekwestionowaną gwiazdą, role modelem dla wielu, a także w dalszym ciągu marketingowym wabikiem NBA.
Na naszych oczach wyrósł jednak zespół Monstars, niczym ten z kreskówkowych lat 90. Tym razem bardziej realny, który zachwiał porządkiem NBA w ogromnym stopniu. Przepaść pomiędzy nimi, a resztą drużyn jest tak duża, że czasem odnoszę wrażenie, jakby również ukradli talent pozostałym.
.
.
Wszystko wskazuje na to, że ze sportowej emerytury wrócić będzie musiał ten, którego wszyscy wysyłają na nią od lat. Ma za sobą historyczny sezon, ale nawet to nie było wystarczające,  aby pokonać Warriors. Bez Boogiego w składzie. Potrzebujemy teraz lepszego,  SpaceJam’owego Lebrona, który przywróci ład w NBA. Liga robiła wszystko, aby go powstrzymać, teraz wyświetla na niebie znak, niczym mieszkańcy Gotham w stronę Batmana. Królestwo upada. Liga staje się jednostronnym widowiskiem. NBA potrzebuje Lebrona bardziej niż kiedykolwiek, aby samej nie zginąć od broni, którą wytoczyła przeciwko niemu. Przez 11 lat nosił na swoich barkach cały stan Ohio, teraz ponieść musi całą ligę, aby w końcu zaznać spokoju. 
.

Autor: Marek „Weber” Ganczaruk.

POLECANE