Mistrz w koronie cierniowej…czyli z piekła do nieba!

Mistrz w koronie cierniowej…

Jesteś młodym amerykańskim graczem jakich wielu w tym kraju. Powinieneś zginąć w tłumie, jednak masz w sobie coś, dzięki czemu twój talent przyciąga uwagę skautów. Wysoki rozgrywający, 201 cm to rzadkość na tej pozycji. Jesteś bardzo dobrą perspektywą na przyszłość dla każdego klubu z ligi. Pracujesz na swój sukces konsekwentnie i w końcu ci się udaje. Wchodzisz szturmem do ligi i z miejsca wyrabiasz sobie solidną pozycję. Masz szansę zostać jedną z gwiazd, a nie tylko małą kroplą w koszykarskim oceanie. Przychodzi ten jeden, pamiętny dzień. Grasz mecz jakich jest wiele przed dziesiątkami tysiącami kibiców. To już twój chleb powszedni. Przyzwyczaiłeś się. Nie jesteś gotowy jednak na to, co ma się stać za moment…

Coś się stało. Nic nie pamiętasz. Był tylko ból i zamglony obraz…

Budzisz się dwie godziny po meczu i słyszysz przerażającą diagnozę. Będziesz miał szczęście jeśli nie będą musieli amputować ci nogi. Świat ci się wali w moment. Co teraz? Czy zagrasz jeszcze kiedykolwiek w koszykówkę? Czy będziesz mógł w ogóle jeszcze kiedyś normalnie chodzić? Kalectwo do końca życia? Nie ma mowy. To nie dla takich jak ty. Świat należy do twardzieli i to oni przetrwają. Nazywasz się Shaun Livingston i tak zaczyna się twoja droga w koronie cierniowej…

MVP McDonald’s High School All-American Game w 2004 roku. Do turnieju przystępuje młody Shaun Livingston. 4 krotny mistrz stanowy za czasów szkoły średniej zostaje MVP całego wydarzenia. Wieści o dokonaniach rozgrywającego lecą w świat. Chce go każdy, łącznie z prestiżową uczelnią Duke. Shaun ma jednak inne plany. Uważa, że jest już gotowy i może przeskoczyć na wyższy poziom niż koszykówka uniwersytecka. W 2004 roku przystępuje do Draftu NBA.

Zostaje wybrany z 4 numerem przez Los Angeles Clippers. Warto podkreślić, że znalazł się w NBA zaraz po szkole średniej, co nawet teraz nie jest częstym zjawiskiem. Zawodową przygodę rozpoczął z przytupem. Porównywano go do Magica Johnsona już na samym początku. Przypominał go stylem gry, inteligencją na parkiecie oraz co najważniejsze warunkami fizycznymi. Rozgrywający mierzący 201 cm to nie jest coś, co spotyka się na co dzień. Przyszłość. Młodzieniec z Peorii musi być przyszłością i większość jest tego pewna.

Niestety od początku świetnej dyspozycji towarzyszyły regularne kontuzje, które hamowały rozwój indywidualnych umiejętności. Opuścił 101 z 246 spotkań w ciągu pierwszych 3 sezonów. Mimo zdrowia które miał w kratkę był bardzo doceniany przez trenera i kiedy był zdrowy, to zawsze stawał się ważnym ogniwem w rotacji Clippersów.

Kibice kochali go za to, jak poświęcał się dla drużyny. Gryzł parkiet jak mało kto. Walczył o każdą piłkę i starał się wykorzystywać każdą minutę w której był zdrowy. Nie dbał również tylko i wyłącznie o własne statystyki. Przekładał dobro drużynowe ponad indywidualne osiągnięcia, co bardzo doceniali trenerzy i eksperci. Błyszczał szczególnie podczas Playoffów 2006/2007. Świetne mecze przeciwko Denver Nuggets nie pozostały bez echa w świecie koszykarskim. Zawodnik nie zwalniał tempa. Gdzieś na horyzoncie pojawiała się wizja Livingstona jako All Stara.

Wtedy nadszedł ten pechowy dzień…

26 luty 2007 rok. Los Angeles Clippers przeciwko Charlotte Bobcats. Tysiące kibiców na trybunach, miliony przed telewizorami. Chyba nikt ze świadków tamtego wydarzenia nie chciałby tego pamiętać. Shaun podczas wejścia na kosz upada. Koszmarnie upada. 

Widzowie wstrzymają oddech. Uraz wygląda tragicznie. Na hali cisza i szok, bo nikt do końca nie wie co będzie z Livingstonem. Z powtórki można wywnioskować tylko jedno – cud, że noga nie odpadła od razu. Wyniki badań mrożą krew w żyłach. Shaun uszkadza i łamie praktycznie każdą część kolana. Zrywa więzadła krzyżowe przednie, krzyżowe tylne i poboczne piszczelowe. Odstawmy nazewnictwo medyczne bo… brzmi ono zbyt przerażająco. Najlepszym dowodem na powagę tamtej sytuacji jest fakt, że w przyszłości kontuzja ta będzie analizowana pod względem najgorszej odniesionej w historii ligi.

Sean Livingston injury

W tamtym momencie myślano, że nogi nie uda się odratować. Lekarza informują go o możliwości amputacji. Nerwy spowodowane wizją kalectwa były ogromne. Na szczęście udało się uniknąć najgorszego scenariusza. Zakończyło się na kilku operacjach i długotrwałej rehabilitacji.

Powrót na parkiety NBA? Nie ma na razie o tym mowy! Tutaj najważniejszą kwestią było, czy Shaun będzie mógł w przyszłości normalnie chodzić.

Myśli o powrocie gracz musiał na razie odłożyć na dalszy plan. Jak to jednak bywa w przypadku osób upartych, nie można ich powstrzymać przed walką o swoje. Po półtorej roku rehabilitacji Livingston wraca na parkiety zawodowe, czym szokuje wielu specjalistów. Wola walki i miłość do koszykówki nie pozwoliła mu siedzieć w miejscu. Obie te rzeczy wytworzyły w nim dodatkową energię, która pozwoliły mu pokonać przeraźliwą kontuzję i wrócić pośród szeregi najlepszych koszykarzy. Zwykli ludzie po czymś takim nigdy nie wracają do sportu. On został wyjątkiem od reguły. Powrót nie był łatwy. Zwolniony przez Clippers gracz dołączył do wolnej agentury. Rozwalone kolano i prawie 2 lata braku aktywności meczowej nie jest magnezem na potencjalnych pracodawców. Kto będzie na tyle odważny aby podjąć się ryzykownej inwestycji w tak szklanego zawodnika?

Jak się miało okazać, żaden klub na stałe. Tułał się od klubu do klubu nie mogą w żadnym z nich znaleźć sobie miejsca. Od Miami, przez Waszyngton, aż po angaż w D-League. Dopiero w Brooklynie zdołał zagrać prawie pełny sezon notując przyzwoite statystyki. Chociaż na moment odnalazł swoje miejsce. Nie mógł się spodziewać, że najlepsze miało dopiero nadejść.

Golden State Warriors od dłuższego czasu są mistrzami w zatrudnianiu zadaniowców, bez których żadnego ze zdobytych mistrzostw mogłoby nie być. Tak było z Shaunem Livingstonem w kampanii 14/15 i to on był jednym z pierwszych, który pomógł stworzyć mistrzowską maszynę z Oakland. Perfekcyjnie wpasował się w rotację, będąc ważnym ogniwem z półdystansu i graczem umiejącym uspokoić szalone tempo w momentach, gdy rozsądek musiał zabrać górę nad szalonym stylem Currego i spółki.

Resztę historii już chyba znacie… do dnia dzisiejszego w wieku 33 lat Shaun Livinston ma na koncie 3 tytuły mistrzowskie. 11 lat temu miał kończyć karierę, a jest w miejscu do którego docierają tylko nieliczni.

Jest to historia z cyklu „Z ziemi, przez piekło do nieba”. Shaun był na dnie tak głębokim, że większość w takim momencie się poddaje. On jednak tego nie zrobił, za bardzo kochał koszykówkę. Musiał wrócić. Człowiekowi który czegoś takiego nie przeżył trudno jest nawet sobie wyobrazić, jak ciężka psychicznie była ta kontuzja. Powrót do pełnej sprawności jest trudem, a powrót do najlepszych wręcz cudem. Ten cud się stał. Nie ręką boską, ale ludzką pracą.

Potrzebna była do tego nieustępliwości i wytrwałe dążenie do celu. Cała masa zawodników ma zbyt wybujałe ego. Myślą, że muszą grać od razu wysoko z najlepszymi. Nie wytrzymają tułaczki po niskich ligach, małe minuty z początku potrafią zrazić ich do zawodowej koszykówki. Cierpliwości jest jednak wielką cnotą. A droga Shauna Livingstona pokazuje, że nawet przechodząc przez największe piekło możemy osiągnąć swój cel.

This is why we play!

Redagował: Bartosz Jaglarz

Źródło: NBA, BF, J.Quintos,

POLECANE