Ho, ho, tu Buzzer NBA! Świąteczne życzenia na drodze do marzenia! W styczniu widzimy się w Toronto!

Philadelphia 76ers (14-18) 86-102 Toronto Raptors (23-8)

Kozak meczu: DeMar DeRozan 29 punktów, 5 zbiórek

Aż ciary Nas w redakcji przechodzą, że już za 3 tygodnie będziemy dwukrotnie na żywo śledzić grę Raptors i to przeciwko takim wielkim zespołom jak Warriors i Cavs. Ze względu na wielka formę Toronto mamy nadzieje na dwa wielkie spektakle, które Wam w najlepszy możliwy sposób zredagujemy. Na dzień dzisiejszy Ratpors wyglądają lepiej niż kiedykolwiek w ostatnich latach. Widać drużynę pewną siebie, która zespołowo potrafi wywierać presję po obu stronach parkietu. DeRozan, który cale lato kładł nacisk na trójki, trafił ich aż 10 łącznie w ostatnich 2 meczach. Dziś przeciwko 76ers to on ponownie liderował zdobywając 29 punktów. Mimo powrotu na parkiet Embiida, który dziś skromnie z 14 punktami na koncie, Phila wyglądała słabiutko i po raz kolejny potwierdza się teoria KD13, który ostatnio pisał że częsty brak Embiida w składzie powoduje zbyt duża zmianę strategii, odbijającą się na reszcie zespołu. I zabiorą nas windą do nieba!!! W przypadku Philly to autostrada, by lepiej pasowała. Pas startowy dla Ibaki – wyśmienity!

Dziewiąta porażka w ostatnich 10 meczach 76-ers zepchnęła ich poza play-offs i tak naprawdę to mała sensacja ostatnich tygodni. Czas delikatnie bić na alarm, ponieważ Philly potrzebuje coacha z większym doświadczeniem niż Bretta Browna, ponieważ nadmiar talentu mu nie służy.

 

Milwaukee Bucks (17-14) 106-111 Charlotte Hornets (12-21)

Kozak meczu: Dwight Howard 21 punktów, 16 zbiórek, 2 bloki

W Charlotte kibice Szerszeni dostali w prezencie na święta fajne meczycho zakończone dodatkowo zwycięstwem swojej drużyny. Pod nieobecność Giannisa, który dziś odpoczywał z powodu obolałego kolana to Khris Middelton szalał w ataku, dzięki czemu co zaskakujące, to Bucks prowadzili z Hornets w trzeciej kwarcie blisko 20 punktami. Wtedy największy i najsilniejszy Szerszeń, Dwight Howard, wziął sprawy w swoje ręce i głównie dzięki swojej niebywałej fizyczności dał sygnał do kontrataku.

Gospodarze nie tylko odrobili straty, ale dodatkowo wyszli na prowadzenie. Nie wiem, co się działo w ostatnich latach z Howardem, ale naprawdę tylko Michael Jordan widział w nim to, czego my wszyscy już nie widzieliśmy, kiedy ściągał go do klubu. Howard dziś po raz kolejny z „monster double-double” na poziomie 21 punktów i 16 zbiórek. Hornets minimalnie dziś lepsi od Bucks, i mimo że ostatnia akcja meczu należała do Milwaukee, to Eric Bledsoe spudłował zza łuku i cale Charlotte opuściło hale z uśmiechem na twarzy.

 

Brooklyn Nets (12-20) 119-123(OT) Indiana Pacers (19-14)

Kozak meczu: Victor Oladipo 38 punktów

W Indianapolis, gdzie basket wygrywa ze wszystkimi innymi dyscyplinami, mieliśmy dziś kolejne show Victora Oladipo, który rozgrywa sezon życia! Który to już mecz w tym sezonie w jego wykonaniu, o którym można by było napisać oddzielny reportaż!  

Jeżeli do tego sezonu to Paul George był zawodnikiem poziomu All-Star, to jak nazwać Oladipo? W kluczowych momentach obecnego sezonu wyglada 10 razy lepiej niż PG13 kiedykolwiek wcześniej. W Indianie gościli dziś Nets – 24 godziny wcześniej ośmieszyli Wizards i widać było, że ponownie mają ochotę, aby sprawić niespodziankę swoim kibicom.  Gdyby nie trzecia kwarta, przegrana przez Brooklyn 15 punktami, to właśnie Nets wyjeżdżaliby z tarcza w ręku! Nets stracili prowadzenie w ostatnich sekundach tego meczu. Walczyli do końca, a dzieki trzem osobistym Diniwiddie’ego doprowadzili do dogrywki, gdzie ostatecznie polegli z rozgrzanymi do czerwoności gospodarzami.

 

Orlando Magic (11-23) 103-130 Washington Wizards (18-15)

Kozak meczu: Mike Scott 18 punktów, 4 zbiórki (87,5% FG)

W Waszyngtonie gościli Magic, którzy z tygodnia na tydzień tracą kolejnych graczy z powodu kontuzji. Zespół, który na początku sezonu wspiął się na sekundę nawet na sam szczyt wschodu, dziś stracił kolejnego świetnego zawodnika. Nikola Vucevic dosyć tajemniczo złamał śródręcze w mało kontaktowym starciu z Mahinmim i niestety po zaledwie kilku minutach musiał opuścić parkiet. Wstępnie Nikola wyłączony na 6-8 tygodni, co przy kontuzjach Gordona oraz Fourniera skazuje Orlando na serię porażek, chodź, jak to w NBA, zawsze może wyskoczyć ktoś nowy, niczym królik z kapelusza. Pod nieobecność Vucevicia obrona Magic praktycznie nie istniała, dzięki czemu Wizards pokonują łatwo Magic. Trójeczki załatwiły Magików:

Martwi jedno, że w meczu, w którym Wizards zdobywają 130 punktów, zaledwie 5 zdobywa Marcin Gortat. Jego pozycja w zespole niestety wciąż maleje i czas się zastanowić czy Wizards czasem nie myślą o wytransferowaniu naszego jedyna w NBA, na przykład w paczce za DeAndre Jordana.

 

Dallas Mavericks (9-25) 107-112 Atlanta Hawks (8-25)

Kozak meczu: Dennis Schroder 33 punkty (rekord kariery), 7asyst

W Atlancie do składu powrócił lider Hawks Schroder, który opuścił ostatni mecz z powodu opuchniętej kostki. Widać, że mały odpoczynek podziałał na niego pozytywnie, ponieważ Dennis królował  dziś na parkiecie zdobywając 33 punkty, co jest jednoczenie jego rekordem w tym sezonie (i wyrównaniem rekordu kariery).

Dzielnie go dziś wspierał Ilyasova, dorzucając 21 punktów, w tym bardzo ważne rzuty wolne w końcówce. Po raz kolejny warto przyjrzeć się debiutantowi Hawks, Collinsowi, który bardzo dobrze wykorzystuje każdą minutę na parkiecie i wydłuża listę świetnych rookies tego sezonu. Po stronie Dallas niezniszczalny Nowitzki, solidny Barnes oraz świetnie asystujący Barea. Wchodząc z ławki rozdał 12 asyst, ale to wszystko nie wystarczyło i Atlanta już blisko Dallas w walce o najgorszą drużynę ligi.

 

Chicago Bulls (10-22) 92-117 Boston Celtics (27-9)

Kozak meczu: Kyrie Irving 25 punktów, 7 asyst

W Bostonie Celtics podejmowali Byki z Chicago i było niemal pewne, że Irving nie pozwoli, aby jego zespół przegrał 3 mecz z rzędu przed samymi świętami! Uncle Drew potrzebował zaledwie 28 minut, aby uzbierać 25 punktów i rozdać 7 asyst, a jego tańce hulańce z pierwszej połowy pomiędzy zagubionymi graczami Bulls można by oglądać godzinami.

I tak trzeba oddać Bykom, że do 3 kwarty grali jak równy z równym, ale niestety druga połowa to już całkiem inna historia. Od 3 kwarty Celtics przycisnęli w obronie, dzięki czemu wygrali druga polowe blisko 30 punktami, tym samym wracając na zwycięskie tory. W Chicago jedynie rezerwowy Portis próbował powalczyć, i choć druga połowa tego meczu w wykonaniu Bulls wyglądała jak smutna większość tego sezonu, to pamiętajmy o tym, jaką piękną historie pisali wciągu ostatnich dwóch tygodni!

 

New Orleans Pelicans (17-16) 109-94 Miami Heat (17-16)

Kozak meczu: DeMarcus Cousins 16 punktów, 7 zbiórek, 8 asyst

Ho, ho! Jamesa Johnsona posadzono na ławkę rezerwowych, po tym, jak niespodziewanie Goran Dragić postanowił rozegrać spotkanie i trochę jakby na ironię, ten pierwszy rzucił buzzer-beatera w pierwszej kwarcie, dając prowadzenie Heat 28-27. Wyrównany pojedynek utrzymywał się tak na dobrą sprawę do upływu 4,5 minuty w trzeciej kwarcie, kiedy to Anthony Davis rozpoczął run 17-2, budując bardzo komfortową przewagę 17-punktową (trzecia kwarta jest najlepszym momentem do budowania przewagi z psychologicznego punktu widzenia).

Ostatnia kwarta to wymiana ciosów z przewagą Pelikanów, którzy prowadzili w meczu nawet 25 punktami. Trudno jednak przejść obojętnie nad plagami kontuzji, które dopadły Heat (standardowo bez Whiteside’a, też bez Justise’a Winslowa czy Diona Waitersa). W ostatnich dwunastu minutach, kiedy było wiadomym o zwycięstwie Pels, Spoelstra wystawił następującą piątkę: Udonis Haslem, Derrick Walton Jr., Matt Williams Jr., Jordan Mickey i Wayne Ellington. Ustawienie taktyczne Gentry’ego, żeby nie dopuścić do rzutów za trzy całkowicie się powiodło (10 trójek na 31% skuteczności Heat), czego nie można powiedzieć w drugą stronę (15 trójek na 60% skuteczności Pelicans).

Miami zwykle pozwala przeciwnikom na 102 punkty, jednak w przypadku NOP liczba podskakuje do 111. W tym meczu zaliczyli też tylko 3 bloki i zaledwie 4 przechwyty. Mimo wszystko Heat wygrało 4 z ostatnich 6 pojedynków i wydaje się, że kluczem do ich zwycięstw jest forma obronna. Dziśiaj lekko zawiodła, ale już niedługo jest spodziewany powrót Whiteside’a i Winslowa.

 

Los Angeles Clippers (13-19) 112-115 Memphis Grizzlies (10-23)

Kozak meczu: Tyreke Evans 30 punktów, 7 zbiórek, 11 asyst

Ho, ho! Memphis w pojedynku z Suns zagrało naprawdę znakomicie, poza ostatnim fragmentem gry, gdy przez ostatnie 6 minut nie potrafili zdobyć punktów, dzieki czemu Troy Daniels rzucił zwycięską trójkę dla Suns. Dziśiaj jak widać taktyka była inna – oddać inicjatywę na początku meczu, a później jakoś to będzie. Clippers trafili pierwszych 7 z 8 rzutów, defensywa Grizzlies poszła w tym czasie na ryby. Później Clippers żeglowali po oceanie pustkowia, nie widząc zupełnie, że Tyreke Evans rzuca sobie 10 punktów. W drugiej kwarcie były przepychanki – kiedy Grizzlies wychodzili na prowadzenie po ładnych akcjach drugiej szansy, to Clippers nie mieli problemów z odrobieniem strat z powodu zerowej defensywy. W trzeciej kwarcie Memphis siadłoby totalnie w ofensywie, gdyby nie indywidualne popisy. Tyreke Evans wchodził na iso ze screenem Marca Gasola lub Andrew Harrisona.

Clippers za każdym rażem byli w stanie odpowiedzieć, dopiero zbiórki w defensywie, ograniczenie ich kontrataków wyprowadziły Miśki na 9-punktowe prowadzenie. Czwarta kwarta to problem z faulami Memphis. Popełnili ich 4, kiedy na zegarze było jeszcze 9 minut do końca. Clippers za sprawą Lou Williamsa zaczęli się niebezpiecznie zbliżać. Co ciekawe jedyny celny rzut Parsonsa w tym meczu (uciułał całe 3 punkty) oraż dwie trójki Tyreke’a Evansa pozwoliły wypracować 13-punktowe prowadzenie na 6 minut przed końcem. Normalnie byłoby po ptakach, ale w ostatnich 5:42 zaliczyli run 19-6. Grizzlies odnieśli szczęśliwe zwycięstwo, trudno jednak mówić o jakimkolwiek przełamaniu w ich przypadku, gdy po prostu Tyreke Evans miał dobry dzień, a Parsons jak zwykle beznadziejny.

 

Oklahoma City Thunder (18-15) 103-89 Utah Jażz (15-19)

Kozak meczu: Russell Westbrook 27 punktów, 10 zbiórek, 10 asyst

Russell Westbrook przed tym spotkaniem był w potwornym gażie, kończąc mecze na szalonej skuteczności oscylującej przy perfekcyjnym koszykarskim bogu – 70%. Przeciwko Utah już tak dobrze nie było, wystarczyło jednak zupełnie, by zanotować kolejne triple-double oraż pewnie pokonać Jażzmanów w Salt Lake City. Taktyka na drużynę Quincy’ego Snydera była stosunkowo prosta – postawić defensywę na Rodneya Hooda oraż inne strzelby dalekodystansowe jak Joe Ingles. Mecze b2b rządzą się swoimi prawami, często nawet najlepsi mają trudności z wygrywaniem lub zwyczajnie odpuszczają. OKC jest głodna zwycięstw, by wreszcie udowodnić, że jest drużyną z aspiracjami wyższymi niż pierwsza runda play-offów. Przy takich obrońcach jak Andre Roberson czy Paul George, czy nawet Carmelo Anthony plan powiódł się znakomicie: zaledwie 6/23 (26%). Bez przewagi podkoszowej w postaci kontuzjowanego Goberta drużyna Utah została sparaliżowana ofensywnie i musiała liczyć na indywidualne popisy Donovana Mitchella (29 punktów), dwojącego się i trojącego. Rookas znowu dał radę. Na koniec parę luźnych przemyśleń. Russell ostatnie dwie asysty zaliczył w końcowych 38 sekundach. Przypadek?

Na koniec dosyć zabawna dla nas sytuacja – Mitchell mógł ścisnąć poślady – kiedy klapnął Stevena Adamsa. Ten się odwrócił i powiedział: „Klepnij mnie jeszcze raż, sku*wysynie”. Steven Adams made my day!

 

Denver Nuggets (18-15) 96-81 Golden State Warriors (26-7)

Kozak meczu: Nikola Jokić 18 punktów

Tak słabo grającego Golden nie widziałem dawno. Okej, grali mecz raptem dzień wcześniej, natomiast Denver też i również nie wyglądali świeżo. Warriors rzucili 3 trójki na 27 prób (11%) i praktycznie nie ma zespołu z Oakland. Klay Thompson 1-10, Kevin Durant 0-5, Draymond Green 1-4, Nick Young 1-4… Skuteczność rzutowa z pola to raptem 38%. Ostatnim razem, gdy Golden rzuciło mniej niż 81 punktów to był 19 marzec 2016 roku, wówczas przegrali ze stalową defensywą Spurs 79-87. Na swoim terenie jeszcze nigdy nie było tak źle za ery Steve’a Kerra. Nie żeby w powyższych parametrach Denver było jakieś lepsze, bo zaledwie 7-28 za trzy, ale już z pola to 46%. Golden miało na szczęście w obronie Duranta oraż Greena, bez których wymiar kary byłby zdecydowanie większy. Przewagę zrobił Jokić z Harrisem, jednak prawdę mówiąc, w tym przypadku było doskonale widać, jak bardzo granie meczów b2b jest pozbawione sensu.

To nie jest koszykówka, to jest marketingowa eksploatacja, odarta z jakichkolwiek emocji. Wszyscy mieli na pewno przynajmniej przez chwilę taką myśl: „Niech ten mecz się po prostu skończy”.

 

Minnesota Timberwolves (20-13) 115-106 Phoenix Suns (12-23)

Kozak meczu: Jimmy Butler 32 punkty

Minnesota ma dokładnie ten sam problem, co Oklahoma, właściwie to są praktycznie dwa identyczne zespoły. Obierając drogę potężnych wzmocnień za jednym zamachem narażili się na ryzyko wahań. Nie wahań z meczu na mecz, tylko wahań z kwarty na kwartę. I tak wiele raży już widzieliśmy obie drużyny, praktycznie miażdżące przeciwników, by w następnych kwartach czy końcówkach dostać soldine lańsko. Timberwolves coraż bardziej cieszą się, że w szeregach mają Jimmy’ego Butlera, bo to właśnie Jimmy’emu powinno się przypisywać to, gdzie w tej chwili są Leśne Wilki, czyli nie w czarnej dupie.

Pierwsza połowa to było zgniecenie Suns stosunkiem 64-43, podczas której większość zawodników zagrała na bardzo wysokim procencie rzutowym, by po przerwie dać się ograć 37-22. Wolves nie mogli znaleźć recepty na Troya Danielsa (rzucił 6/12 3P). Normalnie bez Butlera Minnesota pożegnałaby się ze zwycięstwem. Ale prawdziwy lider bierze wtedy na siebie całą trudność. Inna sprawa, że wreszcie ławka zaczęła grać, bo dostała więcej szans. 23 minuty Gorgui Dienga – 10 punktów, 7 zbiórek 3 asyst, Jamal Crawford przez 21 minut zebrał 11 punktów, natomiast Tyus Jones przez 14 – 7 oczek.

 

Portland Trail Blazers (17-16) 95-92 Los Angeles Lakers (11-20)

Kozak meczu: Moe Harkless 22 punkty (13 w 4Q)

Ho, ho! To dopiero Terry Stotts ma urwanie głowy. Największym filozofom się nie śniło, że właśnie dziśiaj, właśnie w takim meczu, gdy CJ McCollum nie potrafi odnaleźć się w roli lidera, Moe Harkless pokaże, że były asystent Gregga Popovicha, szanowany trener Portland Trail Blażers i cały zarząd powinni się gonić po peronie, skoro postawili na nim krzyżyk. Moe Harkless od kilku meczów miał status DNP, trener na niego nie stawiał, bo był za słaby w defensywie, w ofensywie chłopak posługiwał się praktycznie systemem „zero jedynkowym”. Od 27 listopada do 5 grudnia Harkless zdobywał odpowiednio 3-3-0-3, by od 9 grudnia do 22 zagrać całe dwa spotkania i pochwalić się odpowiednio 0 i 4 punktami. A dzisiaj wyskoczył jak Filip z konopi, dając 14 zwycięstwo z rzędu nad Lakersami, zdobywając 13 punktów w 4 kwarcie.

Shabazz „Bazz” Napier znowu niezwykle konsekwentnie z rekordem kariery. Uwielbiam chłopaka. Chociaż jest niewielkiego wzrostu, nadrabia szybkością dłoni oraż pewnością przy selekcji rzutu i bardzo dobrymi jump shotami. Kiedy tylko Stotts daje mu szansę, zawsze odpłaca się pięknym za nadobne – 21 punktów, 3 zbiórki, 5 asyst, 3 przechwyty. To wygląda zdecydowanie lepiej niż CJ McColluma 17 punków, 5 zbiórek, 3 asysty i to na 30%…

Kyle Kuzma po błyskotliwych spotkaniach przeciwko Rockets oraż GSW, gdzie jako pierwszy Jeziorowiec zaliczył 3 spotkania z rzędu z przynajmniej 25 punktami, musiał zadowolić się 18 oczkami na zaledwie 31% skuteczności. Lonzo Ball znowu poflirtował z triple-double, tym rażem zabrakło mu 2 zbiórek (10-8-11). Wczoraj wspominałem, że dobre występy Randle’a będą zanętą do wymiany. Dziśiaj znowu potwierdził swoje spore umiejętności (16 punktów na prawie 67%), podobnie jak drugi łączony ze zrobieniem miejsca w salary cap Jordan Clarkson, który z ławki rzucił 18 punktów przez 21 minut.

 

San Antonio Spurs (23-11) 108-99 Sacramento Kings (11-21)

Kozak meczu: Pau Gasol 14 punktów, 11 zbiórek, 10 asyst

Ho, ho! Pau Gasol z triple-double, to jak Artur Szpilka ze zwycięstwem (żartuję, Pau Gasol ma więcej triple-double niż Szpilka wartościowych zwycięstw – dużo więcej). Hiszpan był po prostu w tym meczu niemożliwy. Już w spotkaniu z Portland pokazywał znakomitą dyspozycję, podczas gdy to była chyba dopiero zapowiedź.

Cauley-Stein miał za zadanie bronić indywidualnie Aldridge’a, problem w tym, że Kings mają 28 obronę w lidze, co było dziśiaj widać. Aldirdge trafiał open shoty oraż trójki (29 punktów i 10 zbiórek), Ginobili jak zwykle przynajmniej z 15 lat młodszy (15 punktów). Defensywa SAS była przygotowana na akcje izolacyjne Zacha Randolpha i Steina. Buddy Hield broniony bezpośrednio przez Bryna Forbesa, słynącego z dobrej defesnywy, napykał dzisiaj 24 punkty, ale to tylko dlatego, że ten chłopak w sobie to coś, co każe na niego zwracać uwagę. Na moje oko, gdyby grał w trochę innej organizacji, niż gnijące – niestety – Sacramento, to rozwinąłby skrzydła może nawet podobnie jak Donovan Mitchell. Na wielki plus Bogdan Bogdanović, perfekcyjny pod każdym względem – 15 punktów (6/6 i 3/3 za 3P).

W meczu zabrakło znowu Kawhia Leonarda i Danny’ego Greena, co pozytywne dla fanów Spurs – rotacja oraz taktyka ustawiona przez Popa znowu zapachniała genialnością. Gregg za bardzo zdaje sobie sprawę, że nie może ustawiać całego zespołu pod Kawhia, bo gdy ten wypadnie, zbyt dużo zespół traci. W tej chwili Spurs są przygotowywani pod granie BEZ Leonarda. Kawhi nadal ma być jednym z najważniejszych ogniw, natomiast na wypadek najgorszego, będą przygotowani od dawna na taką ewentualność, co nie zniszczy ich całosezonowej pracy. Just look at that.

POLECANE