Hey! Hey! Tu Buzzer NBA! Czyli, Irving romansuje z triple-double w MSG! Lillard gasi słońce w Arizonie! Warriors dotkliwie biją Thunder w atmosferze złych emocji! Butler z nadziejami na playoffs!

Orlando Magic (18-41) 105 – 116 Philadelphia 76ers (32-25)

Kozak meczu: Joel Embiid – 28 punktów, 14 zbiórki i 1 blok

Philadelphia przystępowała do tego meczu na fali. 76ers wygrali serię 6 spotkań i nie zamierzali na tym poprzestać. Sposobność do tego była znakomita, bo Orlando ostatnio nie zawiesza poprzeczki swoim rywalom zbyt wysoko (4 przegrane z rzędu). Wszystko w tym meczu ułożyło się zgodnie z planem, Embiid od początku robił co chciał, a i jego koledzy nie zostawali zbytnio w tyle. Wystarczy dodać, że cała pierwsza piątka może się poszczycić dwucyfrowa zdobyczą punktową, a z ławki świetnie zagrał niedawny nabytek Belinelli, który dorzucił 15 punktów. W Magic robił co mógł Gordon, 20 punktów, 7 zbiórek, 7 asyst, ale czasy, w których jeden zawodnik mógł pokonać całą Philadelphię, bezpowrotnie już minęły.

Mimo niewielkiej końcowej przewagi był to jednostronny mecz ze zdecydowaną przewagą 76ers (prowadzili w trzeciej kwarcie 71:49). Trust the Process!!!

Memphis Grizzlies (18-40) 89 – 115 Miami Heat (31-29)

Kozak meczu: Tyler Johnson – 23 punktów, 2 zbiórki i 2 przechwyty

Mecz dwóch drużyn, które w ostatnim czasie notują zjazd po równi pochyłej, Grizzlies – 8 porażek z rzędu, a Miami – 8 porażek w ostatnich 9 spotkaniach. Choć Miami wygrało 26 punktami, był to mecz w którym trudno wyróżnić choćby jednego gracza, jedyne co można tu zaznaczyć to dominacja wysokich Heat nad Grizzlies (w pomalowanym zdemolowali ich 50-30). Mimo fatalnej postawy w ostatnim czasie, to Heat wciąż zębami trzymają się ostatniego miejsca dającego im Playoffs na wschodzie, ale z taką grą ciężko będzie im tą pozycje utrzymać. Z kolei Memphis celują już w jak najwyższe rozstawienie przed tegorocznym draftem i wygląda na to, że tankują na całego…

Boston Celtics (42-19) 121 – 112 New York Knicks (24-37)

Kozak meczu: Kyrie Irving – 21 punktów, 9 zbiórki i 8 asyst

Mało jest rzeczy w zawodowym sporcie, które smakują lepiej niż zwycięstwo odniesione w legendarnej Madison Square Garden, szczególnie po emocjonującej walce. A taki właśnie był ten mecz, zaskakująco emocjonujący, zważywszy na to ze te dwa zespoły znajdują się na przeciwległych biegunach NBA. Boston wygrał po świetnej końcówce i wygląda na to, że lekka zadyszka z przed All-Stars jest już za nimi i znów będą się liczyć w walce o pole position na wschodzie. Szczególnie jeśli Irving będzie grał tak jak w tym meczu (31 punktów, 9 zbiórek, 8 asyst). Aż strach pomyśleć jak ten zespół będzie wyglądał w przyszłym sezonie ze zdrowym Haywordem!!! NY trzeba oddać sprawiedliwość i przyznać, że postawił Bostonowi twardy opór (Trey Burke po raz drugi z rzędu rzucił 26 punktów), ale najlepiej podsumował to komentator amerykańskiej telewizji: „Boston wygrał bo ma w składzie Kyrie!”

Oklahoma City Thunder (34-27) 80 – 112 Golden State Warriors (46-14)

Kozak meczu: Kevin Durant – 28 punktów, 5 zbiórki i 2 asyst

Mimo, że sam wynik tego spotkania świadczy o pełnej dominacji na parkiecie graczy Warriors, to emocji naprawdę nie zabrakło! Thunder mieli wielką ochotę, aby po raz trzeci w tym sezonie pokonać Warriors, ale fatalna druga połowa w ich wykonaniu zakończyła się dotkliwą porażką. Oklahoma przegrała praktycznie w każdej zespołowej statystyce, ale ta decydującą przyczyną była fatalna skuteczność z gry. Nie można wygrać meczu w NBA, kiedy rzuca się na poziomie 32% z gry i 26% za trzy! Najbardziej w tej kwestii zawiódł dziś George, który zaliczył dramatyczne spotkanie na poziomie 1 na 14! Nie ma co dramatyzować, każdemu może się zdarzyć takie spotkanie. Na pocieszenie dla nas wszystkich jest fakt, że pomiędzy tymi zespołami rodzi się naprawdę ostra rywalizacja godna lat 90-tych. Kiedy jeszcze niedawno w każdym spotkaniu pomiędzy Thunder-Warriors do gardeł skakali sobie Durant i West, to tym razem doszło do kilku innych ciekawych pyskówek! Prym wiódł dziś Melo, który po ostrej walce w obronie odepchnął Duranta, a miedzy obydwoma graczami doszło do ostrej wymiany zdań, zakończonej technicznymi.

Melo nie wytrzymał po raz kolejny w dalszej części gry kiedy to rzucił opaską o parkiet, będąc faulowany dość prowokacyjnie przez Greena.

To jeszcze nie wszystko. Po jednej ze swoich trójek, Young lekko prowokował ławkę OKC, na co szybko zareagował Westbrook, wyskakując z krzesła i odpychając cwaniaka gospodarzy.

Najgorszym fragmentem tego meczu było zagranie słynącego z brudnej gry Pachulii. Center gospodarzy ewidentnie celowo rzucił się ciałem na leżącego na parkiecie Westbrooka, co dla mnie powinno zakończyć się wyrzuceniem Zazy z parkietu!

Było to niepotrzebne i niebezpieczne, a sama sytuacja głośno komentowana w internecie! Jedno pewne, dopóki obie ekipy w takich składach, to nie zabraknie emocji w każdym kolejnym spotkaniu!

Chicago Bulls (20-39) 104 – 122 Minnesota Timberwolves (37-26)

Kozak meczu: Jeff Teague – 25 punktów, 7 zbiórki i 7 asyst

W Minnesocie przed samym starciem z Bulls, wyszło na jaw, jak groźnej kontuzji doznał Butler. Szczęście w nieszczęściu Jimmy nie zerwał wiązadła w kolanie, ale mimo wszystko dosyć poważnie uszkodził łąkotkę, a jego dalsza gra w tym sezonie stoi pod znakiem zapytania. Dużo zdrówka Jimmy! Wracając do meczu, Wolves dosyć pewnie pokonali Bulls, głównie dzięki ostatniej kwarcie, w której wyraźnie pokazali swoja dominację nad gośćmi z Chicago. Pod nieobecność Butlera, cala pierwsza piątka zrobiła swoje i teraz tylko pozostaje życzyć Wolves, aby dowieźli dobre miejsce na zachodzie do samych Playoffs, w których miejmy nadzieje zobaczymy Butlera!

Portland Trail Blazers (34-26) 106 – 104 Phoenix Suns (18-43)

Kozak meczu: Damian Lillard – 40 punktów, 10 zbiórki i 5 asyst

Oj naprawdę mało zabrakło, aby kibice zgromadzeni w hali Talking Stick Resort Arena, zobaczyli w końcu na żywo zwycięstwo swojej drużyny! Na ich nieszczęście po drugiej stronie parkietu gościł dziś ze swoimi Blazers rozpędzony ostatnio do granic możliwości Damien Lillard! Mimo, że Blazers wyglądali na zmęczonych po wczorajszym zwycięstwie w Utah, to jednak zebrali się do kupy w ostatniej kwarcie i odrabiając ponad 10 punktów straty, pokonali Suns na wyjeździe. Ojcem zwycięstwa okazał się po raz kolejny Lillard, który zdobył 10 z ostatnich 12 punktów zespołu, zaliczając dodatkowo zwycięskiego layupa na sekundę przed końcem meczu!

Dame Dolla ponownie jak rok na tym samym etapie sezonu, wygląda jak zawodnik poziomu MVP i naprawdę czaruje swoją grą od dłuższego czasu!

Dallas Mavericks (18-42) 90 – 97 Utah Jazz (31-29)

Kozak meczu: Donovan Mitchell – 25 punktów, 6 zbiórki i 5 asyst

W Utah ponownie najlepszym graczem spotkania okazał się debiutant Mitchell, który według mnie powoli wykrada nagrodę debiutanta roku Simmonsowi z Sixers! Jazz gościli dziś tankujących Mavs, a samo spotkanie nie stało na wysokim poziomie. Mimo, że oba zespoły znajdują się na przeciwnych biegunach ligi, to Jazz musieli ścisnąć pośladki w ostatniej kwarcie, aby wrócić na zwycięską ścieżkę po porażce z Blazers. Obok Mitchella swoje w obronie zrobił Gobert, a jedyny minus wśród gospodarzy to mało skuteczny Rubio, który nie może odzyskać skuteczności po kontuzji biodra.

Los Angeles Lakers (25-34) 113 – 108 Sacramento Kings (18-41)

Kozak meczu: Kentavious Caldwell-Pope – 34 punktów, 7 zbiórki i 2 asyst

Na koniec sobotniego wieczoru Kings podejmowali Lakers. Jak wiele razy w tym sezonie, dzięki ambicji i takiemu luzackiemu podejściu, mogę ale nie muszę, Kings zapewnili swoim kibicom emocji do samego końca! Choć 3 kwarta, zdecydowanie wygrana przez Lakers, miała zagwarantować im spokojna końcówkę poprzez kontynuowanie dobrej gry w ostatniej ćwiartce, to nic z tych rzeczy! Choć jeszcze na 90 sekund przed końcem Lakers prowadzili różnica 7 punktów, to na 12 sekund przed końcem po 4 punktowej akcji Bogdanovica, przewaga Lakers stopniała do zaledwie 1 punktu!

Następnie Thomas dwukrotnie wykorzystał osobiste, po czym już ani Bogdanovic, ani Hield nie potrafili skutecznie doprowadzić do dogrywki. Po stronie Lakers aż 7 graczy z podwójną zdobyczą, ale wyróżnić należy jednego, Caldwell-Pope, 34 punkty, w tym 8 razy za 3! Nice…