Hej, hej, tu Buzzer NBA! Umarł król, niech żyje król! Antek zrewanżował się Jamesowi za poprzednią porażkę.

Sacramento Kings (10-20) 101-95 Philadelphia 76ers (14-16)

Kozak meczu: Zach Randolph 27 punktów

Philadelphia przeżywa coraz większy kryzys. Stosunek zwycięstw do porażek jeszcze tego nie wskazuje, natomiast w ostatnich 8 spotkaniach 76ers są 1-7, przegrywając po drodze z takimi zespołami jak: Suns, Lakers, Bulls czy teraz Kings. Brak Joela Embiida nie za wiele tłumaczy, wciąż Philly ma w składzie młodych, potwornie dobrych zawodników, działających jeszcze do niedawna jak dobrze naoliwione maszyny. Coś się wyraźnie zacięło i stanęło na przeszkodzie TrustTheProcess. Zach Randolph jest prawdziwym mentorem Sacramento. Jest kimś takim dla Kings, jak Mirotić dla Bulls albo coś w tym rodzaju.

Powoli jego śladami zaczyna iść młody Buddy Hield. Swoją drogą przypomniał mi się słynny tekst Z-Bo do Boogie’ego: In my hood the bullies get bullied i w sumie dobrze by go było lekko zmodyfikować na potrzeby tego meczu: In not my hood Buddy bullies others. Bo taki Hield oprócz 24 punktów dopisał sobie do konta jeszcze 5 zbiórek i 6 asyst oraz trafił co prawda tylko 3 trójki na 9 prób ale to i tak wciąż tyle samo co Robert Covington i Dario Sarić, a panowie oddali aż 18 prób. Powyższy fragment odnosi się do czwartej kwarty. Aż trudno uwierzyć patrząc na statystyki, że 6ers mogli prowadzić w tym meczu nawet 16 punktami. Obserwatorzy Philadelphii wcale nie są zdumieni. Oni raczej są przyzwycajeni, że wszystko idzie dobrze, gdy nagle dzieje się coś, zwane bardziej dosadnie „KATASTROFĄ”. W koszykówce katastrofy mają różne oblicza, zwykle uwydatnia się jeden element, natomiast Philly bez Embiida w pewnym momencie odcina prąd. Nie ma żadnego zastępczego generatora, wszystko po prostu leży i kwiczy. Straty (20), beznadziejne rzuty oraz ich selekcja, fatalna defensywa. Mówię o tym nie bez przypadku. W trzeciej kwarcie zszedł z parkietu JJ Redick z powodu naciągnięcia ścięgna udowego i gra Philly całkowicie się posypała. Jednocześnie David Joerger zdejmuje Malachiego Richardsona i wprowadza na jego miejsce Willie’ego Cauley-Steina (7:07 przed końcem trzeciej kwarty), dzięki któremu wszystko zaczyna wyglądać inaczej. W takich właśnie sytuacjach wychodzi słabość lub kunszt trenerski. Jeżeli jeden grajek wypada i cała strategia się sypie, to chyba sami wiecie, do której grupy należy Brett Brown.

 

New Orleans Pelicans (15-16) 106-116 Washington Wizards (17-14)

Kozak mecz: John Wall 18 punktów, 10 asyst

Mecze Pelikanów też obfitują w nieprawdopodobne zwroty akcji lub przynajmniej momenty godne zapamiętania. Od mocnego uderzenia tym razem rozpoczął Washington. 30-13 w pierwszej kwarcie to przede wszystkim duża zasługa drugiego garnituru. John Wall wszedł dobrze w mecz, podobnie jak nasz rodzynek Marcin Gortat, dzisiaj z double-double i takim oto pięknym dunkiem!

Alvinowi Gentry’emu pęka żyłka i dostaje technicznego. Po tym podrażniony duet Davisa i Cousinsa postanowił się naładować i szybko zamazać złe pierwsze wrażenie. Przeprowadził dosłownie zmasowany atak, zakończony ostatecznie 22-3. W finałowych 4 minutach i 40 sekundach drugiej kwarty Pelikany oddały aż 18 prób z linii rzutów wolnych. Dzięki ich wysiłkowi przewaga wypracowana przez Czarodziejów prysła niczym bańka mydlana, bo 6 punktów przewagi po pierwszej połowie to w dzisiejszej koszykówce często wystarcza na trzydzieści sekund dobrze dysponowanego zespołu. Problem w tym, że Anthony Davis nie wyszedł na trzecią kwartę z powodu problemów z nadgarstkiem. Pod nieobecność „Brwi” run Wizards, już mniej imponujący (12-0), pozwolił na wypracowanie przewagi, której nie oddali do końca spotkania. Davis co prawda wrócił na parkiet cały obandażowany, gdzie Pelikany traciły 8 punktów do Czarodziejów, natomiast straty (16 dzisiaj, co dało 25 punktów Waszyngtonowi) oraz bezradność ofensywna jego kolegów z zespołu, a może przede wszystkim bezradność w defensywie przy kontratakach, spowodowała, że 32-15 w trzeciej kwarcie zamknęło dyskusję o tym, kto dzisiaj przypisze sobie zwycięstwo. W meczu godne odnotowania są jeszcze dwa fakty:

  • Mike Scott znowu był gorący. Rozpoczął mecz od 12 punktów (5/5), by zakończyć go z 24 punktami (11/15). Scott kontynuuje szaloną skuteczność.

  • Bradley Beal zdobył zaledwie 8 punktów przy 11 próbach rzutowych na początku spotkania. Następnie skręcił kostkę, ale wrócił. Wtedy zdobył 18 punktów przy 8 rzutach. Nawet nie próbujmy tego tłumaczyć.

 

Cleveland Cavaliers (23-9) 116-119 Milwaukee Bucks (16-13)

Kozak meczu: Giannis Antetokounmpo 27 punktów, 13 zbiórek, 8 asyst

Starcia na Wschodzie robią się coraz gorętsze. Milwaukee w tym sezonie miało być dobre, bo Giannis, ale tak naprawdę wciąż za słabe na jakiekolwiek poważne myślenie o play-offach. Nikt bowiem nie wierzył, by grający zwykle w kratkę Khris Middleton pod nieobecność wciąż kontuzjowanego Jabariego Parkera mógł zrobić różnicę, a już tym bardziej Greg Monroe. Sytuacja diametralnie zmieniła się po dokooptowaniu Erika Bledsoe’a, z jednoczesnym przesunięciem Johna Hensona jako głównego centra (mimo starań Johna nazwać go klasowym podkoszowym to trochę za dużo, dlatego cichaczem zabiegi o DeAndre wciąż pewnie mają miejsce). W tym miejscu możemy jeszcze poruszyć kwestię Jasona Kidda, czy nadaje się na prowadzenie drużyny po najwyższe laury, ograniczmy się jedynie do stwierdzenia, że jeszcze kilka dni temu jego zespół przegrał z Chicago Bulls, New Orleans Pelicans i Houston Rockets, drużynami odpowiednio z końca, środka i końca tabeli. Milwaukee są w stanie przegrać z każdym i wygrać z każdym. Dzisiaj zwyciężyła ta druga opcja, dodając jeszcze więcej kolorytu Konferencji Wschodniej, a przecież miało się nic nie dziać poza konfrontacjami Cavaliers z Celtics. Chociaż 16 zwycięstw i 13 porażek Milwaukee nie zwala z nóg, to przy hitowych pojedynkach należy siadać głęboko w fotelu i zapinać pasy. Tym bardziej, że LeBron James jest w szczytowej formie, sypie triple-double z rękawa i jak nigdy wcześniej stanowi o sile swojego zespołu – gdy dobrze idzie, dociska jeszcze pedał, gdy idzie słabo, ciągnie drużynę za uszy. Zasadniczo można i powinno się ten mecz sprowadzić do dwóch czynników: pojedynku LeBrona z Giannisem i pojedynku reszta vs reszta. King James w pierwszym meczu schodził zwycięski, dał młodszemu koledze lekcję koszykówki. Dzisiaj zarówno jeden jak i drugi byli nieocenieni dla swojego teamu – LeBron ciągnął Cavs, gdy przegrywali już nawet 17 punktami, Giannis pchał się na kosz, by w jakiś sposób, jakimś cudem jeszcze się odwrócić i odegrać na obwód lub niekrytego partnera. Chociaż momentami krążenie piłki w Bucks normalnie wyrywało z kapci.

LeBron zaliczył dzisiaj połowę strat (7) Cavs, natomiast przy nieszablonowych zagrywkach, by oszukać defensywę mimo wszystko lepszą niż teamu, w którym się gra, to takie coś zwyczajnie musiało mieć miejsce. Kontrataki to jest to, co lubi Erik Bledsoe, to jest to, co lubi Khris Middleton, gotowy zawsze do odegrania do niepilnowanego Johna Hensona – i tutaj podstawowa piątka Koziołków zrobiła naprawdę kawał dobrej roboty. W przypadku reszty, Kevin Love wsparł LeBrona trójkami oraz jedną ładniejszych asyst w meczu, gdy zarzucił alley-oopa nad długimi łapami Thona Makera.

Inna sprawa, że Dwyane Wade wyglądał jak za najlepszych lat, zwłaszcza, gdy w końcówce czwartej kwarty wreszcie wyprowadził Cavaliers na 2-punktowe prowadzenie po bardzo trudnej trójce (co jeszcze bardziej nietypowe trafił 4/6 prób zza łuku).

W krytycznym momencie meczu Milwaukee wcale nie straciło zimnej krwi. W następnych posiadaniach wyszli na prowadzenie 112-110. Wtedy James zaryzykował penetracją zakończoną akcją 2+1. Następnie seria pudeł: Brogdon-James-Korver. Dopiero Milwaukee na 38 sekund przed końcem poszło ze zwariowanym atakiem. Bledsoe przy wycofywaniu się za linię 7,24 przewrócił się, ale oddał pomarańcze do Snella. No i Tony Snell pozamiatał.  Przy stanie 115-113 Cavs na tym etapie musiało trafić. Najpierw LeBron za trzy spudłował, ofensywna zbiórka Wade’a, odegranie do Korvera i rzut… Pudło. Kyle Korver miał znowu słabą noc (muszę sprawdzić, ile meczów Cavs wygrywa, gdy Korver rzuca więcej niż 2 trójki w meczu). Milwaukee potrzebowało wykrzyknika. I wtedy nadeszła akcja chyba najbardziej rozpoznawalna. Po zamieszaniu o piłkę walczył Giannis z LeBronem. Giannis wyciąga ją, rzuca i trafia, po czym dodaje rzut wolny, po odgwizdanym na nim faulu.

James w tym momencie leży na rozciągnięty na parkiecie. Cavs walczyli do końca, właściwie to LeBron, który postanowił jeszcze raz spróbować rzutu za trzy… odbijając sobie wcześniej piłkę od pleców Antka.

Na więcej nie starczyło czasu, ale to było mega sportowe widowisko. Jak ktoś się nie spocił z wrażenia to jest niewrażliwym psychopatą.

POLECANE