Hej, hej, tu Buzzer NBA! 40-letni Manu Ginobili z game winnerem na Celtics. Olek usadził LeBrona, Z-Bo lepszy od Boogiego!

Chicago Bulls (4-20) 119-111(OT) Charlotte Hornets (9-15)

Kozak meczu: Lauri Markkanen 24 punkty, 12 zbiórek

Otwarcie było ciekawym widowiskiem. Bulls rozpoczęli mini run 6-0. Kris Dunn potrafił omotać Dwighta Howarda, by ten mógł się zemścić na Robinie Lopezie, który już myślał, że po spinie i pump fake’u ma już otwartą drogę do kosza. Tymczasem poszedł blok Supermana i kontra w jego wykonaniu, jakby miał przynajmniej z 5 lat mniej.

W pierwszej połowie po raz pierwszy w sezonie pojawił się Nikola Mirotić (był pierwszy, przed Portisem, później grali już razem) i wyglądał przyzwoicie, w przeciwieństwie do Michaela Cartera-Williamsa, byłego gracza m.in. 76ers czy Milwaukee, gościa, który wyglądał, jakby był u schyłku kariery. Najpierw doprowadził do akcji 3+1 na Justinie Holiday w finałowych 90 sekundach, a potem wszedł pod kosz, gdzie był okrutny tłok i musiało się to skończyć czapą. Później na otwarty kosz walił koszmarne pudła. Jeszcze przed syreną ogłaszającą koniec pierwszej połowy Bobby Portis mocno wyjechał z łokcia Szerszeniowi. Coś jakby zabrakło techniki, coś jakby chodziło o walkę w klatce.

Lauri Markkanen rozegrał świetne zawody. Na początku drugiej połowy odpowiadał za run Byków 11-2, ale Szerszenie się szybko odkuły 7-0, po wcześniejszym 7-2. Gra była z jednej strony nierówna, z drugiej oba zespoły trzymały się blisko siebie i nie pozwalały na odskoczenie. Na koniec trzeciej kwarty błyszczący Dwight Howard zagrał osłupiającego fadeawaya (tutaj też będzie widać znakomitą obronę Dunna na Kembie Walkerze, utrzymującą się przez większość spotkania).

W czwartej kwarcie Bulls byli blisko wyrwania zwycięstwa dzięki wysiłkowi Davida Nwaby oraz Lauriego Markkanena, ale w jakiś sposób Kemba Walker dzięki trafieniom kluczowych rzutów wolnych doprowadził do dogrywki. W meczu, w którym prowadzenie zmieniało się 17 razy, a wyrównanie padało 19. Ostatnie 5 minut należało do jednego bohatera: Fina. Dzięki niemu i Dunnowi wyszli na pięciopunktowe prowadzenie, Szerszenie dopadła niemoc strzelecka i zwycięstwo Chicago stało się faktem. Wreszcie przerwali serię wydawałoby się niekończących się porażek.

 

Golden State Warriors (21-6) 102-98 Detroit Pistons (14-11)

Kozak meczu: Kevin Durant 36 punktów, 10 zbiórek, 7 asyst, 5 bloków

Właściwie pod nieobecność Curry’ego tylko jeden facet może przejąć dowodzenie i jest nim Kevin Durant. Gościu dzisiaj szalał po obu stronach parkietu, przypominając sobie najlepsze czasy z Oklahomy City, kiedy pod nieobecność Westbrooka musiał brać na siebie ciężar gry i tylko od jego wysiłku zależało, jaki będzie ostateczny wynik końcowym. W porównaniu jednak do meczu z Hornets, Durant był jeszcze lepszy. Tak – trafiał na lepszym procencie z pola i za trzy, miał o 4 więcej trafionych rzutów wolnych. Zblokował Anthony’ego Tollivera:

Oprócz tego w trzeciej kwarcie rzucił rekordowe w tym sezonie dla niego 13 punktów, doprowadzając w istotny sposób do 10-punktowego prowadzenia. Czwarta kwarta wymagała od niego jeszcze więcej umiejętności, ponieważ Tłoki zaczynały wyraźnie wracać do gry. Oprócz tego blokował rzuty Tollivera, był rim protectorem i topowym rebounderem, co przy takim zespole jak Detroit jest przecież godne odnotowania.

Sam Durant w defensywie nie dałby rady, dlatego tak istotna była postawa Draymonda Greena. Pod nieobecność Curry’ego wydawałoby się, że Draymond musi zacząć rzucać więcej punktów, tymczasem on jeszcze więcej robi w defensywie i jeszcze więcej asystuje (dzisiaj 13 asyst, co jest wyrównaniem rekordu sezonu). Warriors zatrzymali Detroit w pierwszej kwarcie na zaledwie 32% i blokując rzuty aż 6 razy (w całym meczu 15 razy, co jest rekordem sezonu).

W przekroju całego spotkania Tłokom i tak udało się rzucać na średniej powyżej z sezonu. Kluczowym w przekroju spotkania wydawało się wyłączenie Tobiasa Harrisa i Andre Drummonda. Ten pierwszy rzeczywiście rzucił zaledwie 11 punktów (4/12), natomiast Andre Drummond 8 (2/9). Reggie Jackson co prawda uciułał 16 punktów, ale 14 wpadło mu w pierwszej połowie, więc w najistotniejszej części spotkania nie dołożył cegiełki. Jedynie Avery Bradley z 25 punktami istniał w kluczowych momentach spotkania, ale to było za mało na Duranta.

 

Cleveland Cavaliers (18-8) 102-106 Indiana Pacers (15-11)

Kozak meczu: Victor Oladipo 33 punkty, 8 zbiórek, 5 asyst

Indiana niespodziewanie przerwała 13 meczową serię Cleveland Cavaliers. Niespodziewanie, bo Pacers z całym do nich szacunkiem – nie wydawali się na tyle zdolni, by pokonać nabuzowanych gości z Ohio. Tymczasem mecz przez trzy pierwsze kwarty był naprawdę wyrównany i stał na bardzo wysokim poziomie. Żadna z drużyn nie potrafiła osiągnąć znaczącej przewagi, ale jednocześnie wpadały trudne rzuty oraz mocne zbiórki. Nikt nie chciał odpuścić, za to każdy chciał wygrać. Czwarta kwarta była popisem niemocy strzeleckiej, chociaż gospodarze rozpoczęli od uderzenia 13-2, ale Cavaliers odzyskali równowagę. W kluczowym momencie spotkania, Olek przeprowadził fantastyczną akcję na broniącym go Kevinie Love’ie, który był przekonany, że pójdzie akcja penetracyjna pod kosz, tymczasem…

Na tym jednak nie był koniec, bo JR Smith trafił szaloną trójkę, ale żaden już z graczy Kawalerzystów nie potrafił zrobić odpowiedniej przewagi. Indiana wygrała z Cleveland po raz pierwszy od 6 lutego 2015 roku.

 

Denver Nuggets (14-11) 103-89 Orlando Magic (11-16)

Kozak meczu: Will Barton 19 punktów, 6 zbiórek, 5 asyst, 4 przechwyty, 2 bloki

Denver potrzebowali desperacko zwycięstwa po dwóch porażkach z rzędu w serii wyjazdowej. Nieistotne było, kto to będzie, po prostu musieli wygrać. Cóż, wydaje się, że najlepiej zrozumiał to Emmanuel Mudiay (18 punktów, 5 zbiórek, 5 asyst). Rozegrał on prawdopodobnie najlepsze zawody w sezonie, cierpliwie kreując akcje ofensywne i stwarzając tym samym szanse do zdobywania punktów przez kolegów, a jednocześnie świetnie przesuwając się w defensywie. Mudiay i dowodzony przez niego drugi garnitur zmiażdżyli drugi garnitur Orlando Magic 53-16, co definitywnie zaważyło na zwycięstwie. Malone trochę porotował składem na pozycjach, co dzisiaj nie odbiło się znacznie czkawką – Barton zagrał na SF, a Chandler na PF, natomiast Masona Plumlee łączył w parę z Jamalem Murrayem, a Kennetha Farieda z Mudiayem. Manimal dzisiaj z 20 punktami i 10 zbiórkami zaliczył nieco akrobatycznego buzzer-beatera w trzeciej kwarcie.

Powiedzenie „od przybytku głowa nie boli” w przypadku Denver jest raczej drwiną.

 

Toronto Raptors (16-7) 116-107 Memphis Grizzlies (8-17)

Kozak meczu: DeMar DeRozan 26 punktów, 7 zbiórek, 6 asyst

Grizzlies wcale nie wyszli z kryzysu, Toronto kontynuują swoją nudną, skuteczną grę zespołową – tak najlepiej byłoby opisać ten mecz w wielkim skrócie. To oczywiście nie oznacza, że poszło gładko i przyjemnie. Wręcz przeciwnie, musieli się napocić.

Raptors męczyła od początku niemoc strzelecka na poziomie 37%, co skrzętnie wykorzystało Memphis, doprowadzając na początku drugiej kwarty runem 13-5 do wyniku 47-30. Wtedy Toronto zrobiło to, co powinno zrobić od początku: Lowry poprzestawiał pionki na szachownicy przy pomocy zmiany tempa, DeRozan zagrał „swoje”, natomiast defensywa ustawiła się pod Marca Gasola zakładając (i słusznie), że Memphis nie ma zbyt wielkiej alternatywy.

Taka taktyka przyniosła run w postaci 27-15 na korzyść Toronto, tym samym redukując stratę do zaledwie 5 punktów. Memphis jeszcze szukało ratunku skrzydłami, co wystarczyło na trzecią kwartę. W ostatniej odsłonie spotkania dała o sobie znać ławka rezerwowych Raptors. Fred VanVleet, Norman Powell, C.J. Miles, Pascal Siakam i Jakob Poeltl przeprowadzili prawdziwy szturm na kosz, jednocześnie zakładając szczelną defensywę. Memphis w ostatniej odsłonie rzuciło zaledwie 14 punktów.

 

Dallas Mavericks (7-19) 102-109 Milwaukee Bucks (14-10)

Kozak meczu: Giannis Antetokounmpo 27 punktów, 11 zbiórek, 3 asysty, 2 przechwyty, 2 bloki

Poprzednia porażka Milwaukee z Dallas była najbrzydsza ze wszystkich dotychczasowych. W rewanżu początek należał do Kozłów. Później run Dallas popisujące się dobrymi rzutami za trzy, a Milwaukee złapało niemoc strzelecką, co skończyło się dla nich stratą 13-punktową. Giannis robił wszystko, co w jego mocy, by trzymać zespół przy życiu, ale dopiero wielka czwarta kwarta w wykonaniu Khrisa Middletona (15 punktów)

i Erika Bledosoe’a (12 punktów) w ofensywie oraz Thona Makera (łapiącego Yogiego Ferrella na blok) w defensywie doprowdziły do szczęśliwego zwycięstwa.

Z innych obserwacji: Dallas w poprzednim meczu oddali 38 prób za trzy, w tym zaledwie 24. Giannis zagrał 43 minuty, co w meczu b2b jest bezsensowne i stawia znak zapytania przy Jasonie Kiddzie, czy facet, aby zdaje sobie sprawę, że naraża Greka takim obciążeniem na poważną kontuzję.

 

Sacramento Kings (8-17) 116-109(OT) New Orleans Pelicans (13-13)

Kozak meczu: Zach Randolph 35 punktów, 13 zbiórek

Wczoraj byłem w kinie, leciała zapowiedź Gwiezdnych Wojen. Dzisiaj oglądałem Z-Bo i tak sobie myślę, że zamiast „Ostatni Jedi”, równie dobrze moglibyśmy napisać „Ostatni Z-Bo”. Zach miał swoje przygody z ziółkiem i na pewno jeszcze niejednokrotnie usłyszymy o jego wybrykach. Oczywiście wolałbym słyszeć jedynie o jego wybrykach sportowych, świat jednak nie jest doskonały, dlatego cieszę się tym, co mam, a dzisiaj były naprawdę powody do zadowolenia. Na początku wcale nie rozpatrywałem tego w kategoriach Cousins vs. Z-Bo, bo gdzie czołogowi z Nowego Orleanu do jakiejś podstarzałej tankietki z Sacramento, przeżywającego swojego problemy natury osobowościowej. Tymczasem dostałem pasem od życia, by za wcześnie nie przekreślać doświadczenia. A tutaj proszę, Cousins oczywiście rozegrał znakomity mecz (38 punktów, 11 zbiórek, 4 asysty, 3 przechwyty), co przy powrocie Anthony’ego Davisa powinno w zupełności wystarczyć na Sacramento. Tak, na Sacramento powinno, tyle że nie na Z-Bo. Randolph nie tylko trafiał swoje posty na DeMarcusie, ale przede wszystkim trafił aż 5 trójek na 9 prób, czyli statystykę, którą z pocałowaniem w dłoń przyjąłby Steph Curry.

Randolph trafiał bardzo ważne rzuty po głupich  decyzjach DeMarcusa, które pośrednio zadecydowały o tym, że w ogóle doszło do dogrywki. Natomiast w dogrywce Randolph odwalił taką manianę, jakby był na haju. Okej, musiał rzucać, ale czy musiał trafić?

Z-Bo Trzymał też pierwszy garnitur przy życiu, bo następny za nim De’Aaron Fox miał 13 punktów na 36% skuteczności. Dobrze, że Pelikany dysponują tak słabą ławką rezerwowych, dzięki czemu dało się zrobić istotną przewagę. Drugi garnitur Królów rozstrzelał Pelikanów 53-19. Ciekawą statystką był również fakt, że mimo braku Willie Cauley-Steina to Kings wygrali w pomalowanym (52-44) i walkę na tablicach (40-33).

 

Boston Celtics (22-5) 102-105 San Antonio Spurs (18-8)

Kozak meczu: LaMarcus Aldridge 27 punktów, 10 zbiórek

Już godziny dzielą San Antonio od powrotu Kawhia Leonarda. Ostrogi walczyły z naprawdę trudnym rywalem, chociaż statystyki mówiły, że Celtics nie wygrali z nimi na ich parkiecie od 2011 roku. Tym razem statystyka miała racje. Stary rekord utrzymał stary, ale jary Manu Ginobili.

Kyrie Irving zagrał znakomite spotkanie, zagrzany rzucił w pierwszej kwarcie aż 17 punktów (łącznie 36). Trafił 13 na 21 rzutów i 6 na 10 prób za trzy.

Na nieszczęście dla Celtów lider Koniczynek nie otrzymał wystarczającego wsparcia od kolegów. Jayson Tatum co prawda zdobył 20 punktów i miał 8 zbiórek, ale jak można się było tego spodziewać, z gry praktycznie został wyłączony Al Horford: trafił 1/6 rzutów, ale też nie potrafił powstrzymać LaMarcusa Aldridge’a. Marcus Smart również był poza grą, a jego występ najlepiej podsumuje wyrzucenie z boiska za 6 fauli. Jaylen Brown zagrał mecz w goglach, mających na celu chronienie jego kontuzjowanego oka. Zdobył  w meczu 15 punktów, a te dwa highlightowe punkty rzucił w bardzo istotnym momencie spotkania (zwróćcie uwagę na reakcję Pau Gasola)

Gdzie w tym wszystkim jest Manu Ginobili? Najpierw koniec drugiej kwarty:

A potem ostatnia akcja. 102-102. Parę sekund do końca. Manu gra wydawałoby się iso. Manu gra iso, Manu gra iso w wieku 40 lat, ale nie, przychodzi fałszywy screen od Aldridge’a. Manu nie podaje, bo Manu trafia trójkę, która nie miała prawa wpaść…

Manu praktycznie dwa game winnery w meczu…

POLECANE