„Birdman”, czyli historia Chrisa Andersena.

Tatuaże. Wielka ilość kolorowych tatuaży. Pokrywają ponad 75% ciała. Całe nogi, ręce, brzuch, plecy i szyja. Wszystkie razem tworzą szyfr. Mogą go odczytać tylko ludzie znający klucz. Klucz, którym jest zrozumienie i empatia. Pełnią rolę hieroglifów, opowiadających pokrętne ludzkie życie. Każdy z nich obnaża wady i zalety. W połączeniu mówią o drodze do prawdy, która prowadziła przez zalew fałszu i zepsucia. Opowiadają historię wielkich pieniędzy, pięknych kobiet, alkoholu, narkotyków. Wylanych łez ponad szklanką, stresu wywołanego uzależnieniem. Krzyczą głośno, że ludzie idealni nie istnieją. Pokazują, że czysta karta jest dana człowiekowi jedynie podczas narodzin. Dalsze losy są naznaczone decyzjami, które zostają z nami jak tatuaże – aż do końca życia.

Kim był ich posiadacz?

Zawodnikiem non stop trzymającym głowę w chmurach. Trudno było zrozumieć jego świat. Wyglądał jak typowy punk najgorszego sortu. Przechodząc koło niego na ulicy trudno było odgadnąć, że może być koszykarzem. Styl życia to Rock&Roll. Nie posiadał nic, aby osiągnąć coś więcej. Przez to ludzie nie mogli dostrzec skrzydeł. Tych wielkich skrzydeł, które skrywał w sobie…

Całe jego ciało porozumiewało się sekretnym językiem. Sekretnym, bo wyłamującym się z ram postawionych nam przez społeczeństwo. Ludzie wolą karmić się telewizyjną papką, która ogłupia ich z dnia na dzień. Nie obchodzą ich historie zwykłych ludzi, wyłącznie gwiazdy ekranów. Pośród tego znalazł się on – tworząc niezależną historię, w której barwy nie ograniczają się wyłącznie do czarnego i białego. Odpowiadają bardziej hinduskiemu festiwalowi kolorów. Nie ma w tej historii jednej i właściwej prawdy życiowej. Każdy może interpretować ją jak chce i odnaleźć w niej kawałek siebie.

Oto zwyczajnie niezwyczajna historia Chrisa Andersena.

Christopher Claus Andersen urodził się 7 lipca w Long Beach w Kalifornii jako syn Lindy Holubec i duńskiego imigranta – Clausa Andersena. Ojciec był pasjonatem malarstwa, natomiast matka pielęgniarką oraz wielką miłośniczką motocykli. Kobieta prawie całe ciało miała pokryte tatuażami, więc od najmłodszych lat Chris miał się kim inspirować. Linda w czasach licealnych grała w szkolnej drużynie koszykarskiej. Połączenie ojca artysty i matki motocyklistki nie gwarantowało spokojnego dzieciństwa. 4 lata po narodzinach syna problemy finansowe zmusiły rodzinę Andersenów do przeprowadzki. W 1982 roku osiedlili się w LoLa, mieścinie w Texasie 100 mil na północ od Houston. Sceneria w nowym miejscu zamieszkania była wręcz filmowa: gigantyczne pola uprawne i sąsiedzi w odległości kilku kilometrów od siebie. Trudno nazwać to rajem na ziemi, przede wszystkim z perspektywy młodego chłopca. Nie przelewało się również w małżeństwie państwa Andersenów. Ojciec wyprowadził się z domu po paru miesiącach od przeprowadzki i jak się okazało – zostawił rodzinę na zawsze. Odejście ojca pogłębiło wciąż narastające problemy finansowe. Sytuacja zmusiła matkę do podjęcia pracy na dwa etaty. Długi czas pracy skutkował brakiem możliwości opiekowania się dziećmi. Chris został w domu jedynie z dwoma starszymi siostrami, głodny i zagubiony. Brak czynnej opieki nad dziećmi spowodował zabranie całej trójki do domu dziecka. Działo się to w czasie uczęszczania Chrisa do liceum. Jest to okres w którym świadomość młodego człowieka kształci się najmocniej. Zakładając czarny scenariusz nie mogło do odcisnąć dobrego piętna na nastolatku.

W liceum zaczął na poważnie interesować się sportem. Najbardziej przypadła mu do gustu koszykówka, głównie ze względu sentymentu do licealnych opowieści mamy. Miał również ku temu odpowiednie warunki. Ponad 2 metry i grubo powyżej 100 kilogramów. Licealny trener szybko dostrzegł w nim duży potencjał. Miał też nadzieję, że koszykówka będzie dla niego szansą ucieczki od niebezpiecznych sfer życia. Chris bardzo szybko łapał podstawy. Od razu wiedział, że chce zostać w przyszłości graczem defensywnym. Czuł się do tego stworzony. Ułatwiała mu to ogromna rozpiętość ramion i potężne dłonie.

Grając w drużynie licealnej zwrócił uwagę stanowych skautów uniwersyteckich, jednakże zaprzepaścił swoją szansę na stypendium dla graczy wybitnie uzdolnionych swoim stylem życia. Pierwsze libacje i nocne życie uniemożliwiały mu postęp oraz regularne granie na wysokim poziomie.. Już wtedy z Chrisa wychodziły demony, połączone z młodzieńczą chęcią poznawania świata. Pomógł mu licealny trener z LoLa, załatwiając mu miejsce na uniwersytecie Blinn. Zdążył rozegrać jeden sezon dla zespołu, zostając najlepszym blokującym w całym stanie. Dalszy rozwój wymagał pozostania w Blinn. Koniecznie musiał doszlifować parę elementów zanim wypłynie na wielką wodę. Niestety wiara we własne umiejętności oślepiła mu realne postrzeganie swych umiejętności. Zgłoszenie się do draftu zaledwie po roku jest logiczne tylko wtedy, jeśli zawodnik mocno się wyróżnia lub ma warunki fizycznie lepsze od rówieśników. Anderson nie posiadał żadnej z dwóch wymienionych cech. Był niedoświadczonym i nieoszlifowanym defensorem, nikim więcej. Mimo to marzenia o szybkiej karierze i wizja wielkich pieniędzy wzięły górę.


Ostatecznie nie został wybrany w drafcie. Andersen minął się z oczekiwaniami a jego świat wywrócił się do góry nogami. Nim się obejrzał wylądował na drugiej stronie planety w kompletnie innym środowisku. Przywdział barwy chińskich klubów, natomiast po powrocie wiązał się z drużynami reprezentującymi ligę IBA. Nie był to szczyt jego marzeń tylko półzawodowe granie. Gdy nadarzyła się okazja na coś poważniejszego brał bez zastanowienia. Dostał propozycję gry w lidze letniej od Cleveland Cavaliers. Chociaż na chwilę wyrwał się z koszykarskich peryferii. Czuł, że tym razem ma szansę na NBA, jeśli uda mu się zrobić dobre wrażenie. Po kilku solidnych występach trafił do G-League, zostając numerem jeden w drafcie. Na zapleczu najlepszej koszykarskiej ligi świata rozegrał zaledwie dwa spotkania, po których Denver Nuggets podpisali z nim kontrakt. Historyczne wydarzenie. Chris Andersen został pierwszym zawodnikiem podpisującym kontrakt z drużyną NBA bezpośrednio z G-League. Spełnił marzenie przy okazji zapisując się na kartach historii. Jak się miało okazać – nie po raz ostatni.

Kontrakt był skromny, opiewał zaledwie na 200 tysięcy dolarów za sezon. Mały gaża dla gwiazdy, wielka dla kogoś takiego jak on. Niemniej problem pojawił się z innej strony. Nigdy przypływ dużej ilości pieniędzy w krótkim czasie nie wpływa dobrze na człowieka. Tak też było z Chrisem. Dolary przeznaczał głównie na alkohol, narkotyki i prostytutki. Rock&Roll pełną gębą. Rodziło się pierwsze wcielenie Birdmana. Wcześniej ksywka pojawiła się w czasach licealnych, gdy kumpel skojarzył ogromny zasięg rąk z falującymi na wietrze skrzydłami. Chrisowi się to spodobało i przyjął pseudonim stopniowo dodając kolejne elementy wizerunku. W głowie miał już plan pokrycia ciała tatuażami i budowanie wokół siebie wizerunku niegrzecznego chłopca.

Debiutancki sezon obył się bez fajerwerków, ale udało się pokazać z dobrej strony. Chudy białas z małymi tatuażami i śmiesznie ściętym jeżykiem na głowie dobrze spisywał się z ławki rezerwowych, zaliczając 3 punkty i 3 zbiórki na mecz. W Denver pozostał jeszcze przez 3 sezony, sukcesywnie zwiększając liczbę rozegranych minut na mecz i resztę średni statystycznych. Po wygaśnięciu kontraktu w 2004 roku umowę z Andersenem podpisali New Orlean Hornets. Umowa zapewniała 14 milionów dolarów płaconych w 4 sezony. Zwiększyły się pieniądze, zwiększyły się kłopoty. Nie pomagał coraz większy status gwiazdy. Andersen lubił korzystać z dobrodziejstw życia i nie zamierzał z tego zrezygnować.
W Nowym Orleanie Birdman przybrał ostateczną formę. Szalone fryzury i prawie całe ciało pokryte tatuażami stały się symbolem. Energiczny styl bycia połączony z niesamowitą charyzmą podbijał serca fanów. Szybko został ulubieńcem publiczności.

W tym samym czasie prywatne życie Chrisa powoli zaczęło się rozsypywać. W 2005 roku huragan Katrina plądrując Nowy Orlean zniszczył cały jego życiowy dobytek. Rozstał się z narzeczoną, a matka zaczęła popadać w coraz to większe długi. Dodajmy problemy z alkoholem. Już przedtem lubił wypić, lecz skumulowane tragedie spowodowały, że wypijał więcej niż przysłowiowe „kilka piw dziennie”. Eksperymentował również z mocniejszymi rzeczami. Marihuana była i jest dość powszechna wśród graczy NBA, jednak Chris szedł o krok za daleko. Koks, Heroina, LSD. Nie da się ukryć narkotyku podczas przedsezonowych badań. Wyrok : dyskwalifikacja na dwa lata. Nogi się ugięły, ślina stanęła w gardle. Koniec Kariery? Zrujnowane życie? Czy jest jakiś ratunek? NBA niedostępna. Ligi podległe FIBA niedostępne. Głowa uzależniona. Wielki mętlik, potrzeba wytchnienia i spokoju, bo wtyki przepalą się na amen. Totalny zakręt życiowy. Jedyna opcja to się poddać? Chyba tak, ale…

„Stop. Retrospekcja. Stare teksańskie ranczo. Samotna matka pracująca na 2 etaty, aby jakoś utrzymać rodzinę. Skoro ona dała radę, to czemu ja mam nie dać?”

Myśli kłębiły się w głowie Chrisa. Zaczął dokładniej obserwować otaczający go świat z chęcią zrozumienia jego mechanizmów. Trzeba przestać jedynie w nim egzystować, ale również coś z niego wyciągać. Oczyścić głowę. Zrozumieć, czym tak naprawdę jest poświęcenie i walka o swoje.

„Nie mogę się poddać, na pewno nie teraz…”.

Dalsza część historii nie opowiada o cudownym uzdrowieniu. Nie jest wierszem poetyckim, choć zawiera w sobie głębie i większy sens. Czasem tak bywa w życiu, że prostota ma w sobie więcej magii niż dzieła najlepszych magików. Podstawą powrotu był indywidualny program treningowy. Najpierw trenował samotnie, dopiero potem z gronem specjalnie dobranych trenerów. Biegał, oddawał codziennie tysiące rzutów. Dzień w dzień. Rutyna weszła mu w krew. Robił wszystko, aby zachować formę. Chociaż nie przepadał za mediami to zapraszał je do siebie. Celem oczywiście było pokazanie, że nadal czynnie trenuje i rozłąka z ligą nie czyni go słabszym od pozostałych. Próbował też odbudować swoją renomę, która została mocno zszargana aferą z narkotykami.

Podtrzymanie formy sportowej nie było jedyną formą kuracji. Praca nad samym sobą i zmiany mentalne uzupełniały detoks i proces przemiany. Stary Birdman poległ, nadchodziło nowe wcielenie. Z szalonego chłopaka stał się dojrzałym mężczyzną. Pięknym wolnym ptakiem. Słowa te wytatułował sobie na szyi, pieczętując swoją przemianę. Zaczął też interesować się buddyzmem. Medytował, zaszywał się za miastem i spędzał całe dnie w głuchej ciszy. W wolnej przestrzeni, bez ograniczeń. Niczym ptak szybujący po niebie…

Po odbyciu 2 letniej banicji od NBA Andersen podpisał kontrakt z New Orleans Hornets. Szerszenie oddały go po 5 meczach do Denver Nuggets. Powrót do matczynego klubu… wracał jak syn marnotrawny, któremu biblijny ojciec udziela wybaczenia, nie zważając na popełnione wcześniej grzechy. Od początku udowadniał, że 2 letni okres przepracował na maxa. Świetnie wpasował się w szalonych Nuggets z młodym Melo, doświadczonym Billupsem i szalonym J.R Smithem. Gwiazdy gwiazdami, ale idol trybun był tylko jeden… oczywiście Birdman! Nastoletni fani farbowali włosy, strzygli się na irokeza, malowali flamastrami tatuaże i machali wielkimi makietami skrzydeł z trybun po każdym kolejnym monster dunk’u Kalifornijczyka. Denver bez problemów przeszło sezon regularny i szli jak burza przez playoffy. Odprawili ich dopiero Lakersi w finale konferencji, wygrywając 4-2. Melo zaprzepaścił swoją szansę na tytuł. Anderson miał się go jeszcze doczekać.
Wcześniej jednak drugi raz życie miało stanąć mu pod znakiem zapytania.

Do drzwi zapukała policja. Powód: posiadanie dziecięcej pornografii. Szok i niedowierzanie. Znany z organizowania licznych campów w ośrodkach dla trudnej młodzieży i domach dziecka zawodnik dopuścił się tak okropnej zbrodni? Ktoś, kto dla najmłodszych był największym idolem stanął w świetle poważnych oskarżeń. Symbol buntu młodych i pasji do koszykówki mógł się znaleźć za kratkami.
W toku śledztwa okazało się jednak, że Andersen jest niewinny i został wrobiony przez niezrównoważoną kobietę. Winowajczyni chciała się wzbogacić na aferze, lecz służby utarły jej nosa. Niewinność została potwierdzona, ale Chrisa mocno to wszystko dotknęło i długo nie umiał się pozbierać. Prezes Denver postanowił zastosować wobec niego zasadę amnestii, gdyż Anderson nie był w stanie dokończyć sezonu.

Nie miał zamiaru żyć tylko i wyłącznie z pieniędzy należnych od Nuggets. Miał w sobie głód gry którego nie potrafił stłumić. Podpisał na próbę 10 dniowy kontrakt z obrońcami tytułu – Miami Heat. Ku zaskoczeniu sztabu spisywał się nadzwyczajnie dobrze, dlatego postanowiono przedłużyć umowę do końca sezonu. Idealnie wpasował się w koncepcje zespołu, będąc idealnym uzupełnieniem dla wielkiego trio z Miami. Znacznie przyczynił się do zdobycia drugiego mistrzowskiego pierścienia z rzędu dla ekipy z Florydy. W finałach rzucał ze skutecznością 80,7% z gry, czym ustanowił nowy rekord playoffów. Po osiągniętym sukcesie zawodnicy i ludzie związani z klubem zaczęli podkreślać jak świetny wpływ miał Chris na atmosferę w zespole, która nie raz podbudowywała wielkie gwiazdy w kryzysowych momentach. W Miami pozostał jeszcze na następne 3 sezony.

Podczas nieuniknionego procesu przebudowy spowodowanego rozpadem wielkiej trójki został wysłany do Grizzlies za dwa picki drugiej rudny draftu. Nie potrafił się przebić w drużynie miśków i zakończył sezon z bardzo średnimi notowaniami. Przed sezonem 16/17 odebrał telefon od Lebrona Jamesa. Dzwonił z propozycją dołączenia do mistrzowskich Cavs. Cóż, Królowi się nie odmawia. Niestety po rozegraniu 12 meczów doświadczył koszmaru i usłyszał koszykarski wyrok śmierci dla zawodnika w takim wieku. Zerwanie więzadeł krzyżowych. Dosyć smutny koniec kariery. Jego sportowe truchło przekazano jeszcze Charlotte czyszcząc salary cap. Czasem tak bywa, że charyzmatyczne postacie kończą swoje sportowe przygody w nieprzyjemnych okolicznościach. Na emeryturę mu się jednak nie śpieszyło. Po przejściu rehabilitacji podpisał kontrakt z drużyną Power, występującą w amerykańskiej lidze BIG3. Pomógł jej wywalczyć mistrzostwo, a następnie zakończył karierę. Tym razem ostatecznie.

W pamięci fanów pozostanie na zawsze widok Birdmana i Shaqa, którzy śmiejąc się wykonują dłońmi słynny gest skrzydeł do kamer. Dość niespodziewanie znalazł się w miejscu, które pozwoliło mu spełnić swoje marzenia. Przypadkowy chłopak o niecodziennym wyglądzie i charakterze potrafił być wielki i towarzyszyć największym. Jego historia może nauczyć nas pewniej ważnej rzeczy :
Nie ważne jacy jesteśmy. Nie ważne jak nas postrzegają inni. Jeśli w sobie mamy chęć zmiany na lepsze to ogranicza nas jedynie własna granica, którą sami sobie ustalamy. Od nas zależy, kiedy ją przekroczymy i zmienimy swoje życie na lepsze.

Może wtedy uda nam się poczuć wolnym. Chris Andersen nigdy nie zmienił się w aniołka. Ostatnie lata kariery zawierały drobne skandale. Aczkolwiek wolność według tej definicji nie oznacza czystości. Oznacza świadome podejmowanie decyzji i pojednanie ze swoim własnym ja.

Bo w każdym z nas tkwi mały Birdman. Nie bójmy się pokazać naszych skrzydeł.

Zdjęcia: Zródło NBA, IBA

Wideo: YouTube/ESPN, YouTube/RVD, YouTube/JL,

Redagował: Bartek Jaglarz

Oprawa graficzna: Padre

POLECANE